Urban Legends

Tak jak istnieje street food tak i istnieją urban legends, które do tego ulicznego pożywienia się odnoszą.
W związku z tym co dziś przeczytałem na fanpage’ach McDonald’s oraz KFC i tym, że nie jestem w stanie dać tam do końca upust mojej złości i rozbawieniu jakie wywołują komentarze typu frytki się nigdy nie psują albo Pepsi z dozowników jest rozcieńczana postanowiłem stworzyć ten dział. Często trafiają się prawdziwe perełki pisane ręką kogoś na kształt gimnazjalisty rozkoszującego się B-Smartami na wagarach czy osoby do której nie przemawia argument, że to jednak koncentrat a nie 2l butelka Pepsi jest podłączony do dozownika.
Gdy tylko będę miał czas lub trafi się coś naprawdę pilnego, szybko postaram się wyjaśnić wątpliwości tych osób.

Urban Legend no. 1StreetLegends1Pod zdjęciem frytek na fanpage’u McDonald’s swoją wątpliwość wyraził użytkownik Ka Rol. Sposób w jaki tę obiekcję wyraził skłania mnie niechybnie do osądu iż Ka Rol ma nie więcej niż 15 lat – jest więc jeszcze czas by go nawrócić. Oto coś na kształt problemu z którym zgłosił się Ka Rol:
Mam do Was pytanie, czy KIEDYKOLWIEK po zjedzeniu czegoś z Mc’a w drodze samochodem wymiotowaliście? No raczej 90% nie, a dlatego, że jest w nim tyle chemii, środków anty-wymiotnych (nie wiem jak to napisać) i nie wiadomo jeszcze czego. 🙂

Drogi Ka Rolu (czy coś w ten dizajn), nie, jakoś się tak nie zdarzyło – może to dlatego, że po Mcu jeżdżę samochodem niemal tak rzadko jak po alkoholu?
Weźmy więc pod uwagę jedynie te kilka razy gdy prowadziłem po wizycie w McDrivie – nie wymiotowałem. Zaskakujące?
Według Ka Rola nie, bo w jedzeniu z McDonald’s jest tak wiele chemii (swoją drogą zabawne określenie nadużywane przez uprawiających urbanlegending – o, też zabawne określenie) i środków anty-wymiotnych (również nie wiem jak to napisać a słownik nie chce mnie poprawić), że po tym dosłownie nie da się wymiotować. Po tym wszystkim nie wiadomo jeszcze czym w sumie też.
W takim razie gdy jechałem nad morze w kanapkach, które zrobiła mi mama też to wszystko nie wiadomo co musiało być, gdy jechaliśmy w góry kanapki z wędliną i pomidor musiały mieć w sobie tyle chemii… A, zapomniałbym o tych preclach z Krakowa, które brałem w podróż – musiały zawierać tyle środków anty-wymiotnych.
Jestem przekonany, że producenci tych precli dbają głównie o to by taki podróżnik, który kupi je na dworcu za 0.80zł przypadkiem nie zarzygał współtowarzyszy podróży w pociągu (aj, miało być o samochodach), dodając mnóstwo tych środków do swojego wypieku.
W mojej opinii Ka Rol ma po części rację: nie wymiotuje się po jedzeniu z McDonald’s w trakcie podróży, ale z nieco innych powodów. Subiektywnie rzecz biorąc, pewnie dlatego, że nie mam choroby lokomocyjnej, nadwrażliwego przewodu pokarmowego czy odoru rozkładającego się mięsa w aucie.
W większości orientuję się jak produkowane jest pożywienie z McDonald’s i z tego co wiem nikt nie dorzuca tam środków anty-wymiotnych, wczesnoporonnych, chemii ani biologi a brak wymiotów spowodowany jest raczej dbałością o jakość tegoż pożywienia a nie obecnością magicznych dodatków.
Współczuję jedynie tym 10% osób, które Ka Rol posądził o wymiotowanie – oni to dopiero muszą mieć przechlapane.

Urban Legend no. 2

Kolejna sprawa ze wczoraj, ale miejscem objawienia miejskiej legendy był fanpage innej amerykańskiej sieci: Kentucky Fried Chicken (w skrócie KFC). Tym razem pójdę za radą Żorża i skupię się na czymś bardziej konkretnym a trollom dam spokój.
Sprawa dotyczyła dolewki, a bardziej dozowników i domniemanego rozcieńczania napojów a swą wątpliwość wyraziło kilka, tym razem nieco bardziej poważnych osób:
Marcin Moskwa: rozcieńczam i rozcieńczam xD
Kamil Kempa: Coca-cole w kfc żebym mógł z 5 litrów sprzedać 8  
To jest tak jak z kiełbasą, z 1 kilograma mięsa robi się 5 kilogramów kiełbasy :DD
Maciek Jurewicz: pepsi z woda ?

Główny problem polega chyba na tym, że większość z tych osób nie zdaje sobie sprawy jak wygląda koncentrat i że jest tam koncentrat.
W mojej opinii powinni (jakkolwiek to zabrzmi) podejrzeć swoją mamę w łazience (robiącą pranie oczywiście). Ona tam zazwyczaj używa koncentratu – płynu do prania, wybielacza, odplamiacza czy najczęściej płynu do płukania. Jak go używa?
Wiem, to może być szok: ona rozcieńcza go z wodą(!). Nie taki to szok gdy wiesz jak wygląda i działa koncentrat, drogi Kamilu…
A gdy już wiesz, szanowny Macieju, że właśnie z takiego koncentratu (tak zwanego syropu) wytwarzane są na bieżąco napoje z dozowników w KFC, McDonald’s, Burger King czy jakiejkolwiek innej sieci lub barze (nie martwcie się, piwo nie) to wszystko zaczyna składać się w logiczną całość i zaczyna się robić trochę niezręcznie, bo krzycząc, że napoje są rozcieńczane miałeś na myśli, że tam gdzieś znajduje się wielka butla Pepsi do której dolewana jest woda.
Kwestia finansowa jest oczywista, napoje z koncentratu są tańsze, łatwiejsze w przechowywaniu i transporcie – wystarczy do drugiej dyszy podpiąć wodę – filtrowaną i nasycaną dwutlenkiem węgla, pierwszą zaopatrzyć w dostęp koncentratu i rozcieńczać (tak, po części miałeś rację, drogi Marcinie). W McDonald’s koncentraty rozcieńczane są w stosunku 5.2:1 a na zdjęciu możecie zobaczyć jak to wygląda od środka.VLUU L200  / Samsung L200Kwestia dolewki w KFC jest prosta – ile jesteśmy w stanie wypić w pojedynkę? 2-3l napoju? By nie móc się potem ruszyć? Te 4.00-5.00zł dodatkowe (w zestawie czy osobno) to jednak za dużo.
Kwestia smaku to oczywiście subiektywizm – osobiście uwielbiam Mirindę, Coca-Colę czy Pepsi z dozowników, ten pierwszy napój cenię sobie nawet bardziej niż wersję butelkową – dodatkowo kruszony lód, kubełkowy klimat (jak to w KFC) i orzeźwiający, pomarańczowy smak. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla innych osób smaczniejsza będzie wersja butelkowa, ale ich nie piętnuję, wolałbym skupić się na niewiedzy, która szerzy miejskie legendy o ulicznym jedzeniu.

Urban Legend no. 3

Na jednym z facebookowych profilów dotyczących zdrowia spotkałem się z udostępnieniem tego oto tekstu: http://www.magazynbusinessman.com/2013/08/czego-mcdonalds-nie-ujawnia-swoim.html?m=1 – postanowiłem poczytać i skonfrontować go z tym co wiem – niestety, mój komentarz dodany z prywatnego profilu spotkał się z nagonką na moją osobę w kwestiach prywatnych a nie z rzeczową dyskusją.
Robienie zamieszania, celowe pejoratywne zabarwienie niektórych akapitów, kopiowanie a następnie wklejanie bez rzetelnych źródeł. Teoretycznie tekst dotyczy sieciówek a tak naprawdę całego przemysłu spożywczego i nie tylko – bo jest napisany tak by nieświadomy czytelnik sądził, że firmy smakowe wymienione w tekście, swoje produkty posyłają jedynie do Burger Kinga, KFC czy McDonald’s. Gdyby tylko operować nieco większą wiedzą lub bardziej wiarygodnymi źródłami niż jakiś artykuł, napisany gdzieś, wydrukowany tam czy opublikowany tu, można by się jedynie zaśmiać z niektórych fragmentów, tak jak ja to zrobiłem. Autorem jest Eric Schlosser a właściwie jest to fragment jego książki o ciemnej stronie amerykańskich fastfoodów (ktoś coś przypalił?). Tekst dodała Klaudyna Mazurek, która na G+ udostępniła ostatnio trzy teksty: 3 najdroższe sukienki świata; Możliwe, że tak będą wyglądały nowe dolary; Śmiech lekiem na dobre zarządzanie? To nie żart!
Czy próbuję kogoś tu zdyskredytować? Może – jednak nieładnie się do tego publicznie przyznawać.
Jeżeli, drogi Czytelniku, miałeś czas by przebrnąć przez ten twardy i żylasty fragment steku obłudy i manipulacji to rozważ moją listę wątpliwości i weź pod uwagę, że tyczy się ona jedynie krótkiego fragmentu z 496 stronicowej książki, którą chętnie przy najbliższej okazji przeczytam:
– na pewno tylko i wyłącznie przez McDonald’s Amerykanie zmienili nawyki żywieniowe w kwestii jedzenia surowych ziemniaków i zamrożonych frytek (mam nadzieję, że chodzi o gotowane i smażone w domyśle)
– “szkodliwych tłuszczów” – lol, bardziej ogólnych i nic nie znaczących określeń nie było?
– cholesterol nie jest od początku do końca “zły”
– byłem w fabryce, która produkuje frytki dla McDonald’s – nikt nic do nich nie dodawał a napisu “natural flavour” na frytkach nigdy nie zauważyłem – może jakieś zdjęcia?
– naturalny i sztuczny smak – przebiły szkodliwe tłuszcze w kwestii ogólności i braku konkretów
– “Około 90% pieniędzy, jakie Amerykanie obecnie wydają na żywność przypada na żywność technologicznie przetwarzaną” – co to znaczy “technologicznie przetwarzaną”?
– “Techniki puszkowania, mrożenia i odwadniania, używane przy przerabianiu, niszczą większość smaku żywności.” lool – zapuszkowany groszek czy kukurydza traci smak a ziemniaki do Pringlesów odwadnia się po to by straciły smak – gratuluję autorowi.
– całe zło z USA a umami z Japonii
– “Frytki McDonald’s są jednym z niezliczonych rodzajów żywności, których smak jest tylko częścią skomplikowanego procesu produkcji. W rzeczywistości wygląd i smak tego co dzisiaj jemy jest złudą, i to celowo.” – wspomnę jeszcze raz, że widziałem jak te frytki są produkowane i proces nie jest ani trochę skomplikowany – straszna złuda.
– rafinerie i fabryki chemiczne – kolejny nic nie mówiący ogół o pejoratywnym znaczeniu – manipulacja czytelnikiem level hard
– “firma smakowa” – wtf?
– “Tuzin firm produkuje smaki w korytarzu pomiędzy Teaneck a South Brunswick. To właśnie w tym regionie wytwarzane jest około 2/3 dodatków smakowych sprzedawanych w USA.” i jaki to ma związek z McDonald’s?
– “Tajemnica kryjąca się za zapachami Twojego kremu do golenia jest dokładnie taka sama jak ta, która decyduje o smaku kolacji z zamrażarki supermarketu.” – co za fail.
– “cierpkiego smaku umami” lol, od kiedy umami jest cierpkim smakiem?
– “chwasty morskie” – o nie, tego już za wiele, ktoś chyba niedokładnie poczytał historię umami.
– nazywanych “olfactory epithelium” – na pewno nie przeze mnie tak nazywanych
– Przedostają się one z jamy ustnej i nosa (albo drogą z tyłu jamy ustnej) do cienkiej warstwy komórek nerwowych, nazywanych “olfactory epithelium”, zlokalizowanych u podstawy Twojego nosa, pomiędzy oczami. Twój mózg łączy złożone sygnały zapachu pochodzące z nabłonka węchowego (“olfactory epithelium”) – komuś ctrl+c – ctrl+v nie wyszło?
– pierwszy raz w McDonald’s jadłem w wieku 18 lat – fail związany z “zapamiętanym zestawem Happy MealS”
– “Średnio, Amerykanie jedzą obecnie frytki około 4 razy w tygodniu.” – aha, przydatna informacja – jakieś dokładniejsze informacje co to za frytki i ile? I dlaczego ktoś skopiował (bo na pewno nie dopisał) to w tym miejscu – nie pasuje ni w ząb.
– “dające smak dosłownie tysiącom nowych żywności.” czego?
– “Amerykański przemysł smakowy ma obecnie roczne dochody około 1,4 miliarda dolarów.” to nie za wiele…
– chemikaliów – to tak źle i bezsensownie brzmi.
– “W Burger King, Wendy’s i w McDonald’s środki kolorujące zostały dodane do wielu napojów soft drink” – co za idiota to pisał? To nie te firmy produkują sprzedawane u nich “soft drinks”
– nigdzie nie jest napisane, że “dodatki koloryzujące” są szkodliwe – dwutlenek tytanu brzmi groźnie, ale czy jest szkodliwy? Ten akapit celowo opisany jest pejoratywnie a nikt nie mówi, że “dodatkiem koloryzującym na przykład w Coca-Coli jest karmel a McDonald’s nie koloryzuje swoich burgerów, bo i po co?
– “Kiedy okazało się, że stek był w rzeczywistości koloru niebieskiego, a frytki zielone, u części badanych osób pojawiły się objawy zatrucia pokarmowego” to pewnie od tych wszystkich “chemikaliów” których “naukowcy” użyli.
– ładny przykład z milkshake’iem – ale czy cokolwiek tam jest szkodliwe i złe? Oj, autor nie zdążył wspomnieć.
– “Np. amyl acetate daje dominujący smak bananów. Kiedy jest destylowany z bananów przy użyciu rozcieńczalnika – jest “naturalnym smakiem”. Kiedy jednak jest produkowany poprzez mieszanie octu z alkoholem amylowym i dodanie kwasu siarkowego jako katalizatora, amyl acetate jest “sztucznym smakiem”. Uzyskany obiema metodami pachnie tak samo.” – interesujące, mam pytanie: czy proces technologiczny oprócz nomenklatury coś zmienia w tym “chemikalium”?
– “”Naturalny smak” wcale nie jest zdrowszy lub czystszy niż “sztuczny smak”. Kiedy zapach migdałów (aldehyd benzylowy) jest otrzymywany z naturalnych źródeł takich jak pestki brzoskwiń i moreli, to zawiera on szczątkowe ilości cyjanowodoru – śmiertelnej trucizny (przypis tłumacza: “Zyklon B” używany w KL Aushwitz to nazwa handlowa właśnie cyjanowodoru).” – mistrzowsko nędzna manipulacja – zawiera cyjanowodór, bo pestki go zawierają – czy umrzemy gdy połkniemy pestkę jabłka, która również go zawiera?
– szczęściarz z tego autora – poznał wszystkich “flavorists” jednocześnie – spotkanie “na szczycie” pewnie celowo dla niego zostało zorganizowane.
– pytanie: czy autor jadł frytki w McDonald’s smażone przed i po zmianie tłuszczu? Czy ktokolwiek oprócz niego twierdzi, że smak pozostał niezmieniony i może to potwierdzić, bo spożywał te frytki przed i po zmianie?
– koszenila – o nie, nie było mniej oklepanych przykładów?
– “Dokonując analizy receptury smaku danego produktu, pan Grainger bardzo często może powiedzieć, który z jego kolegów po fachu w konkurencyjnej firmie stworzył dany smak.”to w końcu jest to tajemnicą jak mówił autor wcześniej czy nie?
– końcówka jest kolejną znakomitą manipulacją

Nie bronię McDonald’s, ale mówienie o “chemicznych dodatkach” smakowych i aromatycznych, zawężając zainteresowane firmy do sieciówek to obłuda i manipulacja. Cały artykuł pełen jest ogólników, wyssanych z palca bzdur i negatywnego zabarwiania wszystkiego, ale nie mówienia wprost, że jest to szkodliwe.
Jednak kilka interesujących faktów o których nie miałem pojęcia znalazłem, choć ciężko mi w nie uwierzyć tak “naturalnie”, bo cały artykuł to zwykły prowokacyjny tekst, mający na celu wywołanie poruszenia wśród biednej gawiedzi.
Może gimnazjaliści będą o tym rozmawiali za miesiąc na przerwach.
Dodatkowo bardzo bawi mnie fakt tego, że komentujące to osoby dodawały komentarze w stylu (cytuję): PISAC NIECH LUDZIE WIEDZA CO JEDZA, nie kupować! Jeśli zależy nam na zdrowiu, żywność należy przetwarzać samemu.. im mniej gotowców tym lepiej dla naszych rodzin – matki Polki i pro-eko – aż żal słuchać, choć można tolerować (coś na zasadzie Donalda Tuska).

Urban Legend no. 4

Poniekąd kontynuując ostatni wpis o manipulacji ludźmi, którym szersza wiedza jest niedostępna (zazwyczaj z powodu ich własnego lenistwa).
Ostatnimi czasy baardzo często spotykam się z określeniem chemia w kontekście pożywienia, które chcemy zdyskredytować.
Standardowo, gdy oglądam programy, reportaże czy czytam artykuły na temat pożywienia w których występuje to określenie obrywa się im stwierdzeniem: a może historia, biologia, PO?
Do jakiegoś czasu stwierdzanie chemii w pożywieniu bez odpowiedniego researchu czy choćby zajrzenia na skład danego produktu uchodziło bezkarnie. Internet zawrzał jednak gdy kilkukrotnie nazwany przez Piotra O. (Kocham Gotować a.k.a Kocham Wymiotowaćchemią, Tatar marki Sokołów stał się przedmiotem sporu między znanym Vlogerem a wymienioną wyżej marką – aktualnie jesteśmy chyba po pierwszej rozprawie w tej sprawie.
Sposób narracji Pana Piotra, jego zachowanie przed kamerą, słaba merytoryczność i zasób słów mniejszy niż doświadczenie kulinarne sprawiały, że kilka jego filmów obejrzałem wręcz męcząc się, a zwracaniem po jednej z moich ulubionych angielskich przekąsek (pork skratchlings) załatwił sobie moją dozgonną obojętność wobec jego twórczości.
Wszystko to nie było jednak w stanie sprawić, że w jakikolwiek sposób źle bym mu życzył i cieszył się z poślizgnięcia na rzeczonym tatarze. Jednak nie mogę powiedzieć, że w pewnym sensie nie odczuwam satysfakcji z jednego z pierwszych (o ile nie pierwszego) przypadków pociągnięcia kogoś do odpowiedzialności za to co mówi czy pisze w internecie.
Bo w sieci zarzuty wygłosić jest łatwo – dużo gorzej jeżeli są one nieprawdziwe, wręcz oszczercze a słowa te mają więcej niż lokalny zasięg.
Tak właśnie stało się w wymienionym wyżej przypadku i w ten sposób wracamy do sprawy chemii.

Czy naprawdę straszenie kogoś zawartością substancji spisanych na liście E nadal przynosi skutek? Czy nazywanie tych substancji chemią ma w ogóle jakieś podstawy?
Skoro tak naprawdę jest to lista wytworzonych syntetycznie lub naturalnie dodatków do żywności bezpiecznych dla zdrowia?

Ktoś krzyknie: a co by było gdyby dodali tego więcej niż można?
Gdybyś dodał/a zbyt wiele mleka do ogórków kiszonych też mogłoby to się źle skończyć. Substancje te są uznane za bezpieczne dla zdrowia i nawet ich zwiększona ilość nie spowoduje większych problemów niż wspomniany wyżej zestaw.

Cudowny, omawiany przeze mnie częściej niż kwestia nagród dla pracowników warszawskiego Ratusza przykład to koszenila.
Na liście numer E120, (już widzę jak w głowach większości osób zapala się czerwona lampka – słuszny kolor), wytworzony z robaków (już widzę jak anorektyczne dziewczynki mówią: fuuu!) i co dalej?
Nic, bo przecież czym grozi zjedzenie robaka? Tym bardziej: czym grozi zjedzenie go w mikroskopijnych ilościach? Są rejony Świata gdzie robaki spożywa się codziennie – bardzo lubię te rejony Świata i bardzo chciałbym się kiedyś w te rejony wybrać.
Oczywiście, są zagrożenia związane ze spożyciem większej ilości koszenili, ale to po raz kolejny kwestia ogórka kiszonego i mleka.

W jednym z programów telewizyjnych Pani Reporterka testowała bułki – wspomniała, że nigdy nie dotrzemy do składu, więc można bułkę zważyć i porównać do jej objętości – niestety Pani Reporterka gdy tylko znalazła pulchniejszą bułeczkę, lecz ważącą mniej od jej koleżanki o mniejszej objętości uznała, że w tej pulchniejszej jest chemia a w tej drugiej również, ale na pewno mniej i ta bułka jest zdrowsza.
Od kiedy jedzenie lub niejedzenie białego pieczywa to kwestia zdrowia? Nie mam pojęcia, ale może w tej bułce z większą ilością chemii Pani Reporterka odkryła nieco kwasu siarkowego? Wtedy ta kwestia stałaby się rzeczywiście sprawą życia lub śmierci.
Pani Reporterka o tym jednak już nie wspomniała, szkoda.

Skoro moim polem działania są zazwyczaj fast foody, weźmy pod uwagę bułkę z McDonald’s o której na stronie kwestiaskladu.pl w ten sposób pisze Pani Magda:
Nigdy nie smakowała mi ta bułka, ale znam zwolenników takich miękkich bułek niewymagających zbytniego gryzienia. Dla mnie to najmniej smaczna część Big Maca. Bułka ta oprócz samych pustych kalorii dostarcza masę niezdrowych składników – naprawdę nie widzę w niej nic dobrego…no, może paroma ziarenkami sezamu na wierzchu. Skład chemiczny tych bułek jest ciężki do uzyskania, ale z pewnością są tam szkodliwe środki chemiczne, które powodują m.in to, że bułki te nie pleśnieją przez miesiące, niektórzy twierdzą że przez lata. Są również w bogate w tłuszcz i cukier.

Już pomijając całość tekstu, który podlinkowałem a który idealnie pasuje do kwestii ulicznych legend podpowiem Pani Magdzie co chemicznego jest w tych okropnych, słonych, słodkich, tłustych bułkach. W skład tych bułek, do którego tak trudno dotrzeć wchodzi:
– mąka pszenna
– cukier
– świeże drożdże
– woda
– sól
– olej rzepakowy
– E471
– E472e
– E482

O nie! Pani Magda i wszyscy szukający chemii, biologii, fizyki matematyki w pożywieniu pewnie triumfują.
Niech więc zajrzą tutaj i wezmą pod uwagę, że większość masowego pieczywa w obecnych czasach zawiera emulgatory.
Po raz kolejny ta chemia w dużych ilościach może powodować pewne problemy, ale nie inaczej jest w przypadku wspomnianego wyżej mleka i ogórków kiszonych.
Co takie osoby jak Pani Magda widzą chemicznego w sałacie? W mące, drożdżach, wodzie, soli, oleju rzepakowym i emulgatorach?

Może to co widziała jedna z osób z którymi kiedyś rozmawiałem:
– piszesz o tych Makdonaldsach i co tam jest chemicznego?
– a co rozumiesz przez coś chemicznego, to że ma wzór strukturalny?
– nie wiem, no, że to jest chemia
Przykro mi to mówić, ale wszystko (ba, nawet woda!) co spożywamy według niektórych ma w sobie chemię.

Na zdjęciu poniżej bułki z chemią, stojakiem i ze skrzynkami.

VLUU L200  / Samsung L200

Urban Legend no. 5

Trzy razy TAK! – jak mawiały słynne składy sędziowskie w niejednym programie typu talentszou czy innych amerykańskich wygibasach, przeniesionych na polskie klepisko i pod swojską strzechę.
Ze znanych wypowiedzi w podobnym kontekście, jedną z moich ulubionych jest: (jakby nie było) yes, yes, yes! padające z ust Kazimierza Marcinkiewicza podczas ceremonii zaślubin… A nie – zajrzałem do źródeł i okazuje się, że te słowa padły w zgoła odmiennych okolicznościach, choć radość widocznie nie mniejsza.
Jakiś czas temu odwiedziłem Burgeromanię czyli właściwie pierwszy punkt w Radomiu serwujący wyłącznie burgery – same dania jako takie wypadły przeciętnie, ale nie mogłem narzekać na stopień wysmażenia mięsa. W trzech zamówionych burgerach znalazły się dwa średnio i jedno nieco mocniej wysmażone beef patty.
Widać to co cieszy mnie i choćby Żorża ze Street Food Polska (ale nie wątpię, że też wielu kolejnych fanów wołowiny) czyli średnio wysmażona, nawet krwista partia mięsna, nie spodoba się każdemu.

W ten sposób przechodzimy do sedna – dziś przeglądałem opinie na temat lokalu Burgeromania zamieszczone na ich facebookowym fanpage’u, wśród narzekań na brak toalety
(bo jak tu umyc dłonie przed jedzeniem?
Nie wiem – mnie na przykład rzadko zdarza się przyjść do punktu gastronomicznego z brudnymi rękami), zadymienie (o tak, w ciągu pierwszych dni działania lokalu można było dojrzeć tam Lucyfera, wyskakującego spomiędzy płomieni i dymu) czy suchą bułkę – znalazłem trzy opinie solidnego jury znawców tematu.

Pani Paulina pisze: Mięso niedoprawione, źle ugrillowane, wręcz na wpół surowe(!) w środku a przez to z mnóstwem żyłek. – karkołomne gramatycznie, zaopatrzone w brawurową końcówkę zdanie mówi nam: niesmaczna, średniej jakości wołowina. W odczuciu Pani Pauliny było ono w środku surowe (jestem poruszony!)

Już po chwili trafiłem na kolejne narzekania w podobnym kontekście: Pani Dorota, która przychodzi do lokalu z brudnymi rękami i narzeka na brak toalety, pisze: Mięso lekko niedopieczone.
Byłem w lokalu i w sumie nie przypominam sobie by ktokolwiek tam piekł mięso… Może grillował, o tak, ale do pieca nikt go raczej nie wrzucał.

I ostatnia persona z szacownego jury, stawiającego od jednej do dwóch gwiazdek – Pan Adam napisał: mięcho mimo, że smaczne to niedoprawione i trochę niedogrilowane – jestem w stanie zrozumieć, że mimo średniego doprawienia, mięso mogło temu Panu smakować, ale, że średnie wysmażenie uznał za wadę…

Drodzy Jurorzy!
Czy naprawdę aż tak mało wiecie o pożywieniu rodzaju slow food, że nie zdajecie sobie sprawy, że nie trafiliście do McDonald’s czy Burger Kinga i możecie poprosić by nie niszczyć tych pięknych ćwierćfunciaków czy dwustugramowych burgerów przez katowanie ich zbyt wysoką temperaturą i długim czasem grillowania?
Czy idąc na burgera myślicie tylko o skromnym placuszku 10:1 rodem z BigMaca?
Czy sądzicie, że tak samo jak zakalec, niedopieczona wołowina to kulinarne faux  pas?
Czy zdajecie sobie sprawę, że jeżeli w Wasz gust trafia smak wołowiny o strukturze suchej podeszwy to obsługa w jakimkolwiek lokalu slow food będzie gotowa smażyć dla Was patty nawet godzinę?
Jest tylko jedna kwestia, o której nie możecie zapomnieć, a dobrze żebyście przed odwiedzeniem takiego lokalu w ogóle o tym wiedzieli. Istnieje coś takiego jak stopień wysmażenia mięsa – to co lubicie Wy nazywa się (w naszym kraju) mocno wysmażonym, to co lubię ja średnio a to co lubią wampiry krwiście – jest to oczywiście skrót większy niż telegraficzny, ale na początek przygody z burgerami wystarczy by nie stać się po raz kolejny ignorantem narzekającym na wpół-surowe mięso.
Przy zamówieniu wystarczy poprosić o taki stopień jaki Wam odpowiada i voilà(!), po chwili macie w dłoniach wołowinę o stopniu wysmażenia rzemień.

Trzy razy NIE! od takiego składu sędziowskiego boli jak uderzenie wełnianym młotkiem i jest solą w oku przy przeglądaniu facebooka. Nie czepiając się nawet kwestii nomenklatury należy stwierdzić, że pisane przez byle kogobyle jakopinie (bo recenzją tego nie nazwę) mogą być często tak wartościowe jak tombak, choć na pierwszy rzut oka wydają się świecić inteligencją autora i błyszczeć ładnymi określeniami.
Dlatego też zazwyczaj biorę je z pewnym dystansem i póki sam nie przekonam się, jak jest według mnie, wierzę im na wpół.

Na zakończenie zdjęcie dramatycznie niedopieczonego mięsa z lokalu Burgeromania w Radomiu.
Coś takiego nie powinno nigdy się zdarzyć!
IMAG0269[1]

Urban Legend no. 6

Jeść i chuść – któż by tak nie chciał? Pozbyć się tłuszczyku jak Anna Kalata czy chudnąć tak często jak Kim Kardashian, będąca w stałym efekcie jojo przez co jej wykres zmian wagi przypomina sinusoidę?
A któż nie chciałby schudnąć na diecie składającej się z samych fast foodów?

Nie mówcie, że nie.

Piszę ten tekst, bo tytuł artykułu na portalu tvn24.pl: Jadł same fast foody, schudł 17 kg. “Wystarczy użyć głowy” bardzo mocno mnie zaskoczył i zainteresował. Przełom dla wielu osób uwielbiających fast foody i potrzebujących pozbyć się kilku kilogramów lub zamienić nieco tłuszczu na masę mięśniową jest już blisko a dietetycy od kilku dni toczą wyścig pod szyldem: Kto pierwszy ułoży solidną fastfoodową dietę?

Otwieram artykuł i co znajduję? Podmiotem lirycznym jest Nauczyciel – przywołuje to na pewno dobre skojarzenia. Amerykański Nauczyciel – czyli pewnie pan sporych rozmiarów. Termin zakład występuje po to by zmiękczyć odbiorców – od razu wyobrażają sobie przemiłego grubaska, który ucząc, traktuje podopiecznych jak kolegów i często się z nimi o coś zakłada, przybija piątki i robi kokosy.
Dość tych domysłów i wrednych insynuacji – przejdźmy do faktów: Ten Pan schudł 17kg w 90 dni jedząc tylko w jednym z punktów sieci McDonald’s – dodajmy, że za darmo (dogadał się z właścicielem franczyzy). Jak mu się to udało?
Zacznijmy od początku. Nauczyciel powiedział, że: prawda jest taka, że mogę tam zjeść w ciągu dnia, co zechcę, pod warunkiem, że zbilansuję to w ciągu dnia.
Całkowicie się z tym zgadzam – już nie raz sam wspominałem, że spożycie w sieciówce 1000kcal w ramach jednego posiłku nie uczyni nas otyłymi czy choćby pulchnymi, ale przesiedzenie reszty dnia przed telewizorem już tak. Jeżeli mamy siedzący tryb życia to nie powinniśmy wciągać Kanapki Drwala w McZestawie Powiększonym (1577kcal), bo taka ilość kalorii wystarczyłaby nam na wykopanie kilku fundamentów pod solidne domostwa a siedząc zużyjemy może 20-30% tego co przyjęliśmy. Tak nawiasem mówiąc resztę też zużyjemy – na budowanie zapasu tłuszczu, ale skoro w pobliżu nie biega Wiewiór za orzeszkiem czy Sid nie szczerzy do nas jedynek to ten zapas będzie nam przydatny jak garnki z aukcji firmy Eco-Vital.

Przechodząc do samego eksperymentu dowiadujemy się jak taki spadek masy był możliwy. Otóż dieta fast foodowa okazała się też dietą 2000kcal co w prostym rachunku bilansu energetycznego musiało dać zamierzony efekt. Skoro osobiście, przy moich gabarytach i trybie życia, potrzebuję około 3000kcal kalorii dziennie to aż boję się pomyśleć ile potrzebowałby ten Nauczyciel – w tym momencie żałuję, że brak w artykule danych wejściowych (waga, wzrost badanego, poziom aktywności przed badaniem, zapotrzebowanie energetyczne…), posiadamy jedynie lakoniczną informację o spadku cholesterolu we krwi, co mogło być spowodowane ubytkiem wagi i zmianą trybu życia a niekoniecznie w jednoznaczny sposób utwierdzi nas w przekonaniu, że jedzenie w McDonald’s obniża ten poziom, bo nie obniża.
Co do zmiany trybu życia to pan Nauczyciel codziennie maszerował 45minut, czego (wnioskuję) nie robił wcześniej. Teraz zróbmy sobie szybki rachunek: Zapotrzebowanie vs. Dostarczone i Zużyte.
Zapotrzebowanie mało ruszającego się Nauczyciela, około 180cm i 110kg wagi (nie sądzę by ważył mniej skoro tak dużo udało mu się zrzucić w tak krótkim czasie) obstawiam na 2900kcal, dostarczone zostało 2000kcal. Dodatkowo 45minut solidnego marszu może nam pozwolić spalić 300-400kcal.
Teraz liczymy, ale jak w szkole podstawowej, bez kalkulatorów!

2900kcal vs. 1750kcal (uśredniłem, ale troszkę mi to zajęło, bo mój kalkulator nie posiada takiej opcji…)

Tak serio: to już daje ujemny bilans a co gdyby dołożyć codzienne wertowanie papierów, przeglądanie internetu, mycie się, szybki seks z żoną, czytanie książki?
Może każde pojedynczo mieści się w zakresie błędu statystycznego, ale policzone razem dadzą nawet niezłą sumkę w postaci spalonych kalorii.
W rezultacie tytuł zachęcający do przeczytania tekstu okazuje się pospolitą podpuchą a redaktor frantowskim hochsztaplerem. Wygląda bowiem na to, że to nie McDonald’s a zbyt mała ilość kalorii i zmiana trybu z osiadłego na koczowniczy sprawiły, że obiekt badany pozbył się 17kg.

Po tej trzymiesięcznej kuracji Nauczyciel podał tezę, która przypadła mi do gustu: morałem nie jest to, że należy jeść więcej w fast foodach, ale żeby zwracać uwagę, na to co się je. – Każdy ma wybór. To nie McDonald czyni nas grubymi, ale nasze decyzje – stwierdził.
Obwinianie McDonald’s, że waga pokazuje ponadprogramowe 20kg to jak krzyczenie na kelnera w restauracji, że jedząc tam codziennie dwa schabowe z furą ziemniaków a następnie leżąc całe popołudnie troszkę się nam przytyło.
Pomijając nielubianą przeze mnie i mocno sporną kwestię chemii czy poziomu przetworzenia (cokolwiek to ma znaczyć) pożywienia z McDonald’s to nie różni się ono zbyt wiele od tradycyjnego schabowego z ziemniakami – mnóstwo tłuszczu i węglowodanów, przewaga ilości soli na rzecz McDonald’s – za to mało białka i mikry udział witamin czy błonnika w obu przypadkach.

Wybór więc leży w naszych rękach – to nie sieciówki dokładają nam do pasa centymetrów, to nie kelnerka wkłada nam do ust kalorie, to nie brak czasu zmusza nas do spożywania szybkiego sosu ze słoika zamiast czegoś smaczniejszego i pożywniejszego (nie wmówicie mi, że pracując nawet po 12h nie ma czasu by gotować, Tłuścioszki) – to wszystko to nasze małe i duże codzienne decyzje – zamiast śniadania batonik i kawa, zamiast obiadu szybki sos, zamiast kolacji duży zestaw a w nim Triple Whopper (bo przecież nic cały dzień nie jadłem/am). Potem tylko spać, tyć i powtórzyć.
Racjonalnie powinniśmy brać kalorie na zamiary – jeżeli tego dnia nie masz zamiaru przepływać Kanału La Manche wpław to w jakim celu dopychasz żołądek Granderem Texasem po Kubełku Classic?
I tak dalej, i tak dalej… Mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli, drodzy Czytelnicy?

Na zakończenie ociekające seksem (lub ketchupem) zdjęcie.Fat Guy

P.S. Widzieliście co ten Nauczyciel jadł?
Owsiankę i sałatki – to jak powiedzieć prostytutce żeby cię przytuliła.
Komentarz Audio-Wizualny do post scriptum.

12 Comments

  1. Nie promuj trolli, którzy nawet na widok Tablicy Mendelejewa powiedzą ci, że są dwa pierwiastki we wszechświecie: boski i ludzki. Trolli olewaj, nie wymieniaj, bo popadną w entuzjastyczny onanizm 😉

  2. pominę motyw z wymiotowaniem bo brak mi słów na tę głupotę, ale wypowiem się w kwestii ich nie-psucia-się.

    na wstępie jeszcze tak szybko zdygresuję: frytki wg standardów mcdonald’s nie nadają się do sprzedaży po upływie bodajże 10 czy 15min (minęło już parę lat i nie pamiętam dokładnie) – po tym czasie frytki z lady na której leża i się podgrzewają powinny być wyrzucone do śmieci.
    w praktyce bardzo rzadko kiedy leżą tam tyle żeby trzeba je było wywalić – po prostu ludzie na bieżąco kupują, a jednym z zadań osoby obsługującej frytkownice jest dostosowanie ilości smażonego produktu do aktualnego zapotrzebowania.

    wracając do meritum – frytki, które trafiają do restauracji są: opłukane z nadmiaru skrobi, podsmażone i mrożone. w restauracji są krótko smażone w tzw. fryturze a następnie solone.
    taki proces zapewnia im długą wizualną wytrzymałość, a o smaku się nie wypowiem – podobno podgrzane dalej smakują ok, ale dla mnie nie chrupiące frytki to nie frytki.
    w razie jakby ktoś miał wątpliwości co do całego procesu mcdonald’s przygotował filmik pokazujący jak to wygląda: http://www.youtube.com/watch?v=2w_OxdmoiDQ

  3. Może i fast foody nie są idealnym jedzeniem, ale od czasu do czasu nikomu nie zaszkodzi. Jak ktoś nie chce to niech nie je – proste.

    • Dokładnie – w mojej opinii najważniejszy jest tryb życia – jeżeli ktoś zje na obiad 2-3 razy w tygodniu kanapkę, frytki i wypije 0.5l napoju gazowanego, które dostarczą 1000kcal, ale przy tym jakoś rozsądnie ten zastrzyk spożytkuje to nic mu od ręki nie zastawi żył, nie obrośnie tłuszczem i nie dostanie cukrzycy. Może to banał, za którymi nie przepadam, ale: nic co z umiarem nie zaszkodzi.

      • O, zgadzam się z tym. Bardzo lubię fast foody różnego rodzaju (choć jem je dużo żadziej niż 2-3 razy w tygodniu ;)), dodatkowo uprawiam regularnie sport i się po prostu nie obżeram jak dzika świnia przy korycie. A dodatkowe kalorie spalam po prostu więcej jeżdżąc na rowerze. I jakoś się trzymam… Chudnę swoim tempem nie rezygnując z tego co lubię. Wszystko można ze sobą połączyć ;), bo jeden niezdrowy posiłek co jakiś czas nie sprawi, że obrośniemy tłuszczem, tak samo jak jeden zdrowy nie sprawi, że będziemy piękni, chudzi i zdrowi 😛

  4. Jako odwieczna posiadaczka choroby lokomocyjnej mogę potwierdzić – po jedzeniu z Maca nie wymiotuję ani nie mam mdłości. Zawsze jednak je popijam colą w ilości co najmniej pół litra i to raczej jej przypisywałabym działanie przeciwwymiotne, niż frytkom czy burgerowi. Do tego sądzę, że w barze ‘U Jadzi’ można się najzwyczajniej w świecie zatruć czymś nieświeżym, a pod względem świeżości produktów mam do Maca ogromne zaufanie.

  5. Przychodzisz z czystymi rękami na jedzenie? Tak? Nawet jak nie jedziesz komunikacją to wychodząc z domu dotykasz klamki, kto tej klamki dotykał wcześniej? Ogromna część społeczeństwa nie myje rąk wychodząc z toalety, przypominam. Potem wchodzisz do lokalu, prawdopodobnie znów dotykasz klamki. Potem płacisz. Naprawdę sądzisz że utyskiwania na brak toalety to jakiś wymysł? Czepiasz się już na siłę wszystkiego. Aha, tak na marginesie jak już ktoś umyje ręce i potem otworzy sobie drzwi klamką to cały trud na nic, wszystkie wesołe bakterie kałowe są z powrotem na jego rękach.

    • Przykro mi, że potraktowałaś to poważnie 🙂
      Wszelkie docinki odnośnie braku toalety i zadymienia w tym lokalu uważam za jak najbardziej słuszne :))
      Co do mycia rąk “przed” zgadzam się, ale gdybyśmy mieli rozpatrywać wszelkie możliwości w ten sposób to nasze dłonie nigdy nie okażą się wystarczająco czyste 😛
      Przymruż czasem oko na kwestie, które poruszam i nie traktuj wszystkiego dosłownie 😉

  6. uwielbiam pieprzenie, że jedzenie z McDonald’sa się nie psuje, że bułki nie pleśnieją… polecam zajrzeć do kosza na bioodpady w dowolnej restauracji – po paru dniach wrzucania tam resztek i tak zwanych “strat” (uszkodzone mięso, bułka która spadła na podłogę, zwiędła sałata czy ‘dupki’ pomidorów) śmierdzi z niego nieziemsko, ciekawe dlaczego? wydaje mi się, że dlatego, że jedzenie się jednak psuje – ale co ja tam mogę wiedzieć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *