Burger|Lokale

Night Burger – zderzenie oczekiwań z rzeczywitością

Gdy jeszcze kilka tygodni temu, na Nocnym Markecie Pan Tasak serwował burgery i chały na stoisku Night Burger żałowałem, że tak naprawdę żaden weekend nie odpowiadał mi by w tym sezonie się tam wybrać. Tym bardziej, że zachęcały komentarze: mistrzostwo świata, zostawcie te burgery na stałe w menu, świetne połączenie smaków, must have i temu podobne przewijały się od czasu do czasu pod zdjęciami na fanpage’u…

Jeżeli dotarcie na Nocny Market, w którykolwiek weekend było dla mnie nie lada wyzwaniem, to wyobraźcie sobie jak musiałem zarządzić swoim czasem by w końcu wybrać się na ulicę Łukowską, na dalekiej Pradze Południe. Każdego popołudnia bałem się wsiąść w auto by nie utknąć w korkach, o komunikacji miejskiej już nawet nie wspomnę.

Nadszedł jednak weekend gdzie nie udało się zaparkować przy Arigatorze, wobec czego przy okazji podjechaliśmy na Pragę załatwić pewne sprawy. Nie pozostało już nic innego jak skorzystać z planu B czyli wizyty w Night Burger.

Niezbyt przestronny lokal usytuowany wśród kilku usługowych szeregowców zachęca ciepłym wnętrzem. Miejsce było puste, więc zajęliśmy dogodny stolik przy oknie. Szybki rzut oka na menu, w którym sztampowe kompozycje łączą się z zaskakującymi połączeniami a foodstylingowe zdjęcia sprawiają, że aż ślinka cieknie i…

Zamawiamy. Vege Blue Cheese(29.00zł!), Blue Cheezy z podwójnym mięsem(39.00zł) oraz Full House(30.00zł). Jako dodatek frytki z oliwą truflową i parmezanem(10.00zł)
Po głośnym obwieszczeniu na kuchni przez Panią, przyjmującą zamówienie, że będą mieli robotę mija około 10 minut i całość ląduje na naszym stole.

Burgery prezentują się naprawdę okazale. Piękne bułki i barwne wnętrza. Przed konsumpcją dania głównego złapałem kilka domowych frytek i przyznam szczerze, że tak zgodnych ze sztuką, smażonych ziemniaków nie jadłem już dawno. Dokładnie tak chrupiące z zewnątrz i puszyste w środku jak tylko można sobie wyobrazić. Oliwa truflowa i parmezan, których notabene nie było tak mało, doskonale komponowały się z ich smakiem. Mocna pozycja w menu.

Roztrząsając smak burgerów zacznę od wersji wege. Buraczano-jaglany, soczysty kotlet dobrze komponował się ze smakiem tymiankowych pieczarek w sporych plastrach. W kompozycji gdzieś zagubił się Lazur, a swoim wyrazistym aromatem wybijała się musztarda Dijon. Bułka po kilku kęsach nie wytrzymała naporu i poddała się, rozsypując w drobne kawałki.

Drugi na warsztat wszedł podwójny Blue Cheezy mojego brata. W tym burgerze wyraźnie było czuć smak wysmażonego na różowo mięsa(standardowo średnio), niestety bardzo jałowy. Rozumiem ideę posługiwania się dodatkami w kreowaniu smaku całej kompozycji, ale tutaj poszło to zdecydowanie za daleko. W przypadku mięsnej wersji zdecydowanie bardziej wyczuwalny był smak Lazura, który średnio komponował się z tymiankowymi pieczarkami. Na tym akcencie zakończyło się jako-takie współgranie składników, co jakiś czas bowiem odzywał się sos gorczyca majo, przebijała tu i ówdzie rukola, ale mocno brakowało spójności. Gdyby nie udany sos, całość okazałaby się konstrukcyjną klapą. W sumie tak się ostatecznie stało, bo bułka znów rozpadła się w drobny mak.

To co zwiastował poprzedni burger, stało się faktem w przypadku mojego Full House’a. Nieoczywiste połączenie kiszonej kapusty, frytek z batatów, karmelizowanej cebulki i ogórków sweet(które ostatecznie zaginęły mi w smaku całości) to świetny przykład jak nie zestawiać burgerów. Nie pomnę już o mięsie, ponieważ w wersji pojedynczej nie zostawiło nawet śladowego piętna na smaku. Wracam do tej propozycji z niezmiennym podziwem, bo nazwać ten zestaw ekstrawaganckim to jedno, ale by skusić się na niego trzeba być niezłym freakiem(takim też jestem). Już na poziomie tekstur mamy do czynienia z dziwnym doświadczeniem – miękka, chrupiąca kapusta, mięsiste bataty i okrywająca całość aksamitna cebulka. Jeżeli nie gra to teksturami, to może zagra smakiem?
Nic z tego, kwaśna kapusta, słono-słodkie bataty i słodka cebula. To nie jest kuchnia azjatycka gdzie smaki kwaskowe łączymy ze słonymi, umami oraz słodkimi, to jest burger, nieco polski, trochę szalony i ździebko amerykański. Do głowy przychodzi mi Góral z chicagowskiej Polonii, ale on przynajmniej trochę się tam odnajduje.
Już w połowie kompozycji okazuje się, że bułka nie wytrzyma pod naporem cieknącej kapusty i rozmoczonych frytek, więc dojadamy burgera, wybierając kawałki, które nam upadły do koszyczka.

Dla mnie jedzenie to za każdym razem doświadczenie. Nie tylko bezmyślne wciąganie kalorii w postaci podrzędnych dań, ale angażująca zmysły i świadomość degustacja, przygoda. Co w takim przypadku mam sobie myśleć?
W przypadku gdzie wysoko ustawiona poprzeczka po opiniach z Nocnego Marketu czy konkursu na Warszawską Pyzę spotyka się z pociągającą wizualnie, ale bardzo ubogą w smaku formą, z wysokimi cenami oraz odległością(w moim przypadku), wymagającą pewnego poświęcenia? Takie doświadczenie zaliczam do zbioru tych negatywnych. Wam zaś, drodzy Czytelnicy pozostawiam pod rozwagę przypadek Night Burgera, bo na podobnym szablonie można ukuć jeszcze niejeden sukces.

Tomek Mędrek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *