Wegańskie

Czy wege musi smakować jak papier?

Moja wegańska przemiana to określenie, które zafunkcjonowało przez chwilę na fanpage’u po publikacji kolejnego zdjęcia z wegańskim jedzeniem Stolicy. Cóż? Ostatnio w poszukiwaniach kulinarnych doznań wpadłem w wege-sferę i póki co jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Jak wiadomo, każda seria kiedyś się kończy. Nim jednak dotrzemy do sedna, warto skupić się na tym co było po drodze.

Tel Aviv Urban Food

Na wege-ścieżkę wstąpiłem w Tel Avivie w Hali Gwardii a potem tak się złożyło, że jedliśmy jeszcze dwa razy w ich lokalu na Żoliborzu. Dwie pierwsze wizyty skończyły się na fikuśnym menu degustacyjnym w postaci deski Mezze (32,90zł). Chrupiące, marynowane warzywa, przesolone, dosyć twarde falafele, świetny bakłażan, którego technika przygotowania czyni mięsistym i soczystym, trzy rodzaje hummusu, każdy pyszny z osobna i razem, robiące największe wrażenie buraki balsamico. Całość podana pięknie, wariacji barw i tekstur nie było końca. Warto wspomnieć o pełnych smaku Aioli oraz Harrisie, które sprawdzają się idealnie w postaci dopełnienia do wyżej wymienionych.

Trzecia wizyta zakończyła się obiado-kolacją, zwaną w tych stronach późnym lunchem. Buddha Burger (20,90zł/29,90zł zestaw), na którego mocno liczyliśmy, obdarzony został przypadłością wielu wegańskich kanapek czyli był po prostu zbyt suchy. Jak wiemy, jeden z ciekawszych żartów o weganach mówi:
– what’s vegans favourite food?
– SAUCE

Wiele miejsc z wege powinno wziąć sobie do serca i bez urazy ten żart. Serwowanie suchego jedzenia, które należy popijać by w ogóle sobie z nim poradzić to nic miłego. Tyczy się to również lokali z wyborem dań mięsnych, vide Barn Burger na Złotej, gdzie otrzymanie burgera z odpowiednią ilością sosu to loteria.
Buddha Burger w Tel Aviv Urban Food na tej linii zawiódł, ale na pewno nie rozczarowywał smakiem.

Przy daniu, które wybrałem dla siebie stał dopisek bestseller i nie dziwni mnie to ani trochę. Garnuszek Coco Curry (28,90zł) to esencjonalny sos curry, na bazie mleczka kokosowego i cebuli (swoją drogą, pewnie jedno z dań najczęściej goszczących w domach wegan) z solidną porcją soczystych, pulchnych kotlecików sojowych. Multigrain on a side, konsumowany z sosem, to już zbyt wysoki poziom błonnikowości dla mnie.

P.S. Kawa po arabsku i serniczek w Tel Avivie są pyszne.

Momencik Vegan Burritos & Tacos

Kolejne kamienie na ścieżce mojej wege-przemiany kładłem w Momenciku na Poznańskiej. Już niemal kultowe wege-miejsce niczym się nie wyróżnia. Jak wiele w tamtych okolicach w okresie letnim dysponuje skromnym ogródkiem, a schodząc po schodkach znajdujemy się w kiepsko wentylowanym, ciasnym pomieszczeniu z kilkoma stolikami i barem. Jak zazwyczaj, tylko momencik zatrzymałem się nad wystrojem oraz warunkami w lokalu i już spieszę by dać znać o smaku wegańskich burritos. Z trzech testowanych opcji, dwie wspominam bardzo dobrze. Była to wersja Pastor (17,00zł małe/19,00zł duże), ze świetnie, mocno doprawioną pastą z czarnej fasoli i marynowaną soją kontrowanymi świeżą, orzeźwiającą salsą verde oraz grillowanym ananasem. Druga to California (16,00zł/18,00zł) – spotykają się w niej znakomity sos serowy, marynowana soja, majonez chipotle i sowita ilość kolendry. California jest świetną odskocznią od kiepskich, mięsnych burrito napakowanych słabej jakości farszem, który w większości składa się z rozgotowanego ryżu (na szczęście trafić na takie obecnie, to duże nieszczęście). Może dlatego, że bardzo przypomina wersję mięsną tego dania. Zastępowanie białek zwierzęcych tymi roślinnymi, nie jest dla mnie celem samym w sobie. Podobnie nie szukam tekstur czy smaków, przypominających mięso, ale rozumiem, że dla wielu wegetarian/wegan to bardzo ważne, gdyż często do niejedzenia mięsa popychają ich względy etyczne czy zdrowotne a wtedy poszukiwania substytutów stają się nieuniknione. Tak właśnie jest w Momenciku, ich wegańskie Burrito zastąpi miejsce mięsnego w twoim sercu, już dziś.

Momencik, zapomniałem dodać, że najmniej smakował mi Jackfruit (20,00zł/22,00zł)?
Tak, najmniej, ale to już przeszłość, niemal o tym zapomniałem.

Mango Vegan Street Food

Teoretycznie, trafiliśmy dwukrotnie w ostatnim czasie do najgorzej ocenianego lokalu tej sieciówki czyli na Koszykową. W praktyce, za pierwszym razem się to potwierdziło. Konsumowaliśmy Pitę Falafel z Kimchi (15,90zł/17,90zł), która była przesadnie przyprawiona, zbyt słona i ostatecznie zbyt irytująca w odbiorze a na drugim biegunie było Kimchi, które okazało się płaskie i nijakie. W sumie, za drugim razem w praktyce również wybraliśmy Pitę. Jednak w opcji Avocado&Ananas (16,90zł/18,90zł), dzięki czemu trafiliśmy zdecydowanie lepiej – bardziej zbalansowany smak pomiędzy, tym razem także znacząco, ale z umiarem doprawionym falafelem, delikatnym avocado i tropikalnym ananasem.

Ze względu na grube, dosyć ciągnące się ciasto, pita w Mango Vegan nie jest moim ulubionym wyborem, dlatego też, zdecydowałem się na szeroko anonsowanego w soszjal midjach Burgera Pastrami (21,90zł). Choć zabrakło Cheddara a moją kompozycję uzupełniono po dopytaniu Fetą, nie żałowałem. Seitan w postaci pastrami to produkt pełen smaku, konkretny, mocno przypominający mięso. Kremowa Feta i sos BBQ utrzymują całość na odpowiednim poziomie nawilżenia oraz dodają mnóstwo smaku i kolorytu. Tej ostatniej cechy nie brakuje bułce, barwionej naturalnym węglem, która nieco się kruszy, a w efekcie rozpada. Z ciekawostek, barwi język na zielono. Nie należy zapominać o świeżej sałacie, piklowanym ogórku oraz karmelizowanej cebulce, które doskonale dopełniają klasyczną kompozycję. Jest to jeden z najsmaczniejszych burgerów wegańskich jakie do tej pory jadłem i na pewno przebija część mięsnych potworków, które  swego czasu serwowali sezonowcy w swoich truckach.

Z rad, którymi mogę Was uraczyć, to dajcie się uraczyć ich frytkami, nie jest to produkt wybitny, ale warto dobrać je w zestawie.

Gruszki na Wierzbie – vegan (nawet) w Radomiu

Jeżeli kuchnia wegańska dotarła nawet do mojego rodzinnego miasta, to można zdać sobie sprawę, że to nie przelewki. Jest rynek na wege, jest rynek na wegan, jest popyt a z tego co widzę, jest już również podaż. Nic dziwnego, że w IKEA stało się coś co rodzinne wycieczki zamienia w piekło (jakby nigdy wcześniej tak nie było), coś co wywołuje niekończące się dyskusje przy wyspie z musztardą, ketchupem i serwetkami, coś co spędza sen z powiek nieświadomych chłopaków na koksie, coś co sprawi, że Szwecja znów będzie tematem w TVPiS jako kraj dziwaków i ultra-patologicznej tolerancji.

IKEA – Życie to zmiany, zrób na nie miejsce.

Do sieci IKEA w Europie, pilotażowo, na miesiąc, wprowadzono hot-doga wege. Dla jednych zbezczeszczenie świętości i sentymentu jakim był hot-dog za 2,00zł z dodatkami, dla innych, którzy nie mają niezręcznych wspomnień z rodzinnych wycieczek do IKEA czy McDonald’s (na szczęście jestem w tej grupie), świeże podejście po wybadaniu rynku, które IKEA prezentuje nie po raz pierwszy. IKEA to synonim prostoty, podejścia minimalistycznego, ocierającego się o cynizm. Wiem o czym mówię, swego czasu współpracowałem z IKEA na poziomie dostawcy. Tu nie ma miejsca na serce, duszę, uśmiech, przy wydawaniu hot-dogów jest ogień i tabaka. Tak wyprane z uczuć hot-dogi, biorę w dłoń. Oba po 2,00zł, ten mięsny to jeden z niemal miliona, jakie klienci tylko jednego sklepu w tym roku zjedzą, więc gdy słyszysz, że wprowadza się oszczędności na poziomie 3,5 grosza na tysiącu sztuk czegokolwiek (niestety, nie dosłyszałem) to ma sens, jak większość strategicznie przemyślanych działań IKEA. Ten wegetariański ma za zadanie wprowadzić elementy bardziej zrównoważonego rozwoju. Wiemy jak wiele przestrzeni, wody czy CO2 jest konieczne do wyprodukowania mięsa. Ten hot-dog potrzebuje na przykład 7 razy mniej dwutlenku węgla by zaistnieć w naszej dłoni.

To, co popchnęło mnie do napisania tego tekstu oraz opisania go tym nieco złośliwym pytaniem w tytule, to smak obu hot-dogów. Zaznaczam, że oba jadłem po raz pierwszy, nie zarzekam się, że ostatni. Nie mam żadnych sentymentów do wersji mięsnej, nie wiem jak smakował na przestrzeni lat (o czym napisał Michał Turecki w swoim tekście na SFP), nie wiedziałem również czego spodziewać się po wersji wege. Do dzieła.
Pierwszy kęs wersji mięsnej i niedowierzanie, jak bardzo bezpłciowy smak można wyhodować w tych bemarach. Kęs drugi, zahaczam, o pikle i prażoną cebulkę, nuty, które dominują w smaku całej kompozycji, parówka nie jest najgorszej jakości, biorąc pod uwagę, że całość kosztuje nas 2,00zł (jej skład znajdziecie gdzieś na zdjęciu poniżej). Trzeci kęs poprzedzam dodatkiem ketchupu No. VII oraz musztardy, czwarty podobnie, piątego już nie było. Na tym skończyła się przygoda z klasycznym hot-dogiem IKEA. Szczerze, gdybym w międzyczasie ugryzł kawałek papieru, nie poczułbym znaczącej różnicy, ani w fakturze, ani w smaku.

Wege hot-dog, przyczynek całego zamieszania, prezentuje się frapująco. Co prawda, barwa i forma parówki może kojarzyć się mało atrakcyjnie, ale w połączeniu z prażoną cebulką, marynowanym burakiem oraz miodową musztardą robi wrażenie swoim kolorytem. Pierwszy kęs to niemal wyłącznie bułka z dodatkami, na pierwszy plan wybija się nieprzyjemnie octowa, przesadzona musztarda z lekko miodowym posmakiem, ale tuż za nią dzielnie kroczy marynowana, dosyć słodka czerwona kapusta i wyraźna nuta prażonej cebulki. Przy drugim kęsie nadal dominuje musztarda, aczkolwiek zwróciłem już wtedy uwagę na smak parówki – soczewica, niezaprzeczalnie nuty kojarzące się z żółtym curry (imbir, kurkuma), sporo przypraw, choć nie ma co się oszukiwać, nadal jest płasko i nudno. To dodatki tworzą tutaj dosyć zgraną kompozycję, której urąga jedynie zbytnia kwaśność musztardy – momentami potrafi nawet zagryźć w nosie.
Dwa ostatnie kęsy to kontemplowanie i poszukiwanie, które całkowicie nie ma celu, lepiej pogodzić się i tak z nie najgorszym poziomem wege hot-doga w IKEA. Jeżeli nie nastawimy się na zbyt wiele ten produkt nas nie rozczaruje, a już na pewno sięgnę po niego chętniej niż po wersję klasyczną.

Nie będę się łudził, że grono Januszy z Grażynami doceni ten ruch ze strony IKEA, że nagle, zaciekawieni pobiegną do baru i zamówią wege hot-doga. Niezaprzeczalnie jest to działanie pro-środowiskowe. Czy jednak wpłynie ono na szerzenie wiedzy, świadomych wyborów i popularyzacji wege?
Obawiam się, a wręcz boję, że nie, że wysiłki knajp opisanych wyżej, szefów kuchni, wprowadzających wegańskie dania do swych kart spełzną na niczym, bo pierwsza styczność z wege-opcją w IKEA będzie potrafiła skutecznie zniechęcić kogokolwiek do spróbowania wege gdzie indziej. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę jak bardzo te osoby będą się mylić, porównując wege hot-doga do prawdziwych wypustów kuchni wegańskich, ale czy znajdzie się ktoś kto wyprowadzi ich z błędu i wytłumaczy, że wege nie musi smakować jak papier?

Tomek Mędrek

You might also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *