Podróże

Jak karmią w polskim szpitalu?

Miałem niedawno wątpliwą przyjemność spędzenia kilku dni w polskim szpitalu, gdzieś w centralnej Polsce. Uznałem, że to dobra okazja by sprawdzić czy rzeczywiście jadłospis polskiej służby zdrowia to krzyżówka Cast AwaySkrzydełko czy Nóżka i Soylent Green. Miałem okazję zweryfikować czy można z satysfakcją odejść od stolika po skonsumowaniu posiłku czy może ciężko stwierdzić co tak naprawdę na naszym talerzu się znajduje. Uprzedzam, to nie będzie wesoły wpis, albo będzie, bowiem momentami było wesoło.
Trzymajcie się, zabieram Was w świat wyuzdanych piżamek, klapków Kubota, białych pościeli, ligniny i nocnych jęków.

Dzień 1.

Jestem dopiero przyjęty do szpitala, więc z dań obiadowych, należy mi się jedynie rosołek, który o dziwo, okazuje się być całkiem niezły. Co prawda mało treściwy i chudziutki, ale nierozgotowany makaron, marchewka i koperek, sprawiają dobre wrażenie na początek przygody ze szpitalnianą stołówką.

Po obiedzie, który był podawany o 13:00, już o 17:00 na salę wjeżdżała kolacja. Nie łudźcie się, że mogła to być kiełbaska na ciepło, jajeczko sadzone, choćby jogurcik z płatkami. Codziennie wieczorem wjeżdżała wędlina z niskiej półki, kilka kromek chleba, w tym jedna ciemna, masło i kawałek warzywa – w większości pomidor, którego sporą część stanowiła szypułka.

Dzień 2.

Ciężko stwierdzić jak na menu szpitalnym można dać radę 16h bez jedzenia, ale bez wspomagaczy od rodziny czy znajomych (banan, Kubuś, słodkie bułki – takie ogólne produkty dla chorowitków), jesteśmy zmuszeni to zrobić. Śniadanie bowiem, pojawia się na sali dopiero o godzinie 09:00. Tego dnia miałem pecha, zabieg przesunął się na porę obiadu, więc po zabiegu, zjadłem tylko kolację. Zaskakująco, w menu szefa kuchni kanapki z wędliną i kawał pomidora. Zabawne, że zazwyczaj ilość plasterków wędliny, wynikała ze wzoru: ilość kromek chleba -1.

Dzień 3.

Jako, że po zabiegu moja sensoryka była nieco zaburzona, nie będę się skupiał mocno na smaku potraw, bo niegodzien jestem tego czynić, ale zawsze mogę rozwodzić się nad teksturą oraz atrybutami wizualnymi.
Dzień trzeci obfitował w doznania kulinarne. Na śniadanie zaproponowano nam kilka kromek chleba z twardym, kwaśnym twarogiem, plasterkami rzodkiewki i masłem. Na szczęście płynna część w postaci kaszki manny na mleku, wynagrodziła cierpienia związane ze spożywaniem kanapkowej kompozycji. Do kanapek czasem była dostępna herbata z białego dzbanka, rodem z lat ’90. Nie mogłem sobie odmówić tej nuty klasyki.

Pierwszy napotkany przeze mnie, pełny obiad, to zacierkowa, wyjątkowo treściwa, z dużą ilością rozgotowanych zacierek i warzyw. Na drugie, klasyczna karkóweczka, w sosie pieczeniowym z buraczkami i ponownie rozgotowaną kaszą gryczaną. Danie swoją drogą nie tak do końca popsute – mięso twarde, ale w towarzystwie buraczków oraz sosu można było dać mu szansę. Ostatecznie, zjadłem nawet 1/3 porcji kaszy.

Na kolację nareszcie jakaś miła odmiana. Do kanapek z szynką konserwową, zaserwowano tym razem kawałek zielonego ogórka. Niestety, skórka była tak twarda, że musiałem zacząć go obierać. Wtedy naszła mnie myśl a jednocześnie rozwiązanie zagadki, z jakiego powodu kanapki są podawane w wersji do samodzielnego gotowania. To po prostu świetna terapia.
Nie robisz nic cały dzień, wychodzisz co jakiś czas do toalety, kroplóweczka, czasem czytasz książkę, czasem oglądasz TV (2,00zł/1h), kroplóweczka, śpisz, odpoczywasz, kroplóweczka i wtedy pojawia się ona – kolacja. Coś dzięki czemu jeszcze czujesz się istotą ludzką, coś co sprawia, że masz nadal poczucie bycia niezależnym od innych, coś co robisz posiada swoją wartość, dobrze wiesz, że zaraz tę wartość wykorzystasz – myślisz o tym wszystkim gdy klepiesz te kanapeczki. Jesteś z siebie taki dumny, gdy smarujesz chleb masłem, gdy kładziesz nań wędlinę, dzielnie walczysz z szypułką, po czym kroisz pomidora. Zajadasz się przysmakiem, który właśnie sam stworzyłeś – tak jak lubisz. Jeszcze tylko kroplóweczka, TV i spać.

Dzień 4.

Budzisz się rano z poczuciem przebywania w jakimś miejscu zbyt długo, zdajesz sobie sprawę, że zacząłeś właśnie czwartą dobę pobytu w szpitalu, a Twój oddział powoli staje się więzieniem – nie jest to przyjemne uczucie. Na szczęście tuż po obchodzie, pojawia się coś co zmienia obraz rzeczy – śniadanie.
Wspaniały, ciepły, aromatyczny grysik kukurydziany na mleku, trzy kromki chleba, trzy plastry szynki z indyka, liść sałaty i kupka masła. Zjadam wszystko ze smakiem, zostawiam liść sałaty, nie lubię sałaty. Ukradkiem wyciągam z szafki pomidorki koktajlowe z ogródka mojej cioci i zdradzam z nimi sałatę. Sałata robi się jakaś bardziej wilgotna, czy to łzy?

Na obiad zupa warzywna, momentami przechodząca w krupnik z dodatkiem kaszy. Muszę przyznać, że nie najgorsza, zupy względnie, nie są takie złe, z czasem może i zostałyby moimi kumpelkami.
Drugie danie, schab w lekkim sosie z purée ziemniaczanym z koperkiem oraz surówka z pekińskiej. Oprócz ordynarnych mankamentów jak twarde mięso, goryczka w surówce, danie ogólnie znośne, zostawiam półtorej porcji purée i daje 3 na 10 gwiazdek. Drugie dania nie zostają moimi kumplami.

Kolacja była aż nadto przewidywalna. Wycinam szypułkę, kroję pomidora, smaruję masłem i składam kanapki już w takim tempie, że nawet nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Za tydzień mógłbym brać udział w jakichś zawodach albo wyjechać do pracy w gastro na pół-kolonii.

Dzień 5.

…ale nie będę już miał okazji potrenować dłużej, bo dziś wypis. Na śniadanko bardzo rzadka owsianka, cienka kawa zbożowa, zwana tutaj pieszczotliwie kakałkiem, składam swoje ostatnie kanapki, zostawiam liść sałaty na pamiątkę, żegnam się z kroplóweczką, łóżeczkiem, mam ogromną nadzieję, że już tutaj nie wrócę.

Nie jest dobrze moi Drodzy, nie powiedziałbym nawet, że jest znośnie. Na zakończenie, w związku z tym, mam dla Was kilka rad: warzywa i owoce, bo ich ilość w daniach jak na rekonwalescenta jest zatrważająco mała. Własne sztućce i kubek – w mojej placówce nie były dostępne. Skrzydłowy – osoba, która może w każdej chwili przywieźć coś sensownego do jedzenia. Plan – przy okazji podawania posiłków co do godziny, należy samemu rozplanować, co zjemy z dodatków przyniesionych przez Skrzydłowych. Dobry plan to podstawa. Banan wieczorem ratuje żołądek przed zjedzeniem samego siebie przez całą noc.

Jadłospis w szpitalu nie do końca przypomina mi tytuły wymienione we wstępie. Osobiście określiłbym to jako przygody Beara Gryllsa podczas Dnia Świstaka. Ciężka przeprawa, codziennie, niezmiennie.

P.S. Bartłomieju, dziękuję za kubek z Hulkiem, dodał mi sił!

Tomek Mędrek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *