Podróże

Jak zorganizować krótki wypad w Bieszczady?

Do tej pory na blogu nie pisałem o krótkich, weekendowych tripach, które od czasu do czasu uskuteczniamy z Pauliną. Z perspektywy czasu, uważam jednak, że był to błąd, bo z jednej strony, nasze doświadczenia mogą Wam pomóc w zorganizowaniu takiego wyjazdu, a z drugiej, są to również poszukiwania gastronomiczne. Poniżej, postaram się zachęcić Was, drodzy Czytelnicy, do zostawienia korpo i wyjazdu w Bieszczady.

Transport

Pierwsze i najważniejsze, bo dróg do dostania się w Bieszczady jest wiele, ale drogi te są kręte i wymagające. Nie ma się co oszukiwać, najlepiej, choć nie najtaniej, wyjdzie podróżowanie własnym lub wynajętym autem. Droga ze Stolicy, w dosyć odległe kąty Bieszczad, zajmuje około 6-7h ze skromnymi przerwami. Moim zdaniem niekoniecznie warto rozważać pociąg, który dowiezie nas tylko do Zagórza, a dalej musimy radzić sobie busami, które co prawda w lato kursują często, ale nieregularnie i zależnie od obłożenia oraz humorów kierowców. Od tych dwóch czynników, również zależy ostateczna cena przejazdu. Ciekawym rozwiązaniem, jak zawsze jest autostop, z którego my również korzystaliśmy w czasie naszego wypadu, gdy po zejściu ze szlaku musieliśmy wrócić do auta, oddalonego o kilka kilometrów. Tutaj rada: warto łapać stopa w takiej sytuacji, w Bieszczadach to standard. Czasem zdarzą się nieuprzejme gesty pokazywane przez szybę, z auta z Białej Podlaskiej, ale czym byłby autostop bez podobnych?
W mojej ocenie to najtańsza, najbardziej losowa opcja transportu, której nieprzewidywalności, nie dorównują nawet wspomniane wyżej busiki. Oczywiście warto zauważyć, że nastawiając się na autostop, raczej wykluczamy przemieszczanie się w grupie większej niż dwie osoby. Jadąc natomiast swoim/wynajętym autem, warto zabrać dwójkę znajomych ze sobą lub skorzystać z platform pokroju BlaBlaCar i rozłożyć koszty paliwa czy postoju na parkingach na więcej osób.

Nocleg

O nocleg w Bieszczadach nie jest trudno, jest natomiast trudno znaleźć taki, który oferuje od razu atrakcje na miejscu lub kusi nas swoją aparycją. Wiele z nich to po prostu zwykłe mieszkania, przeobrażone na miejsca, w których zmieści się jak najwięcej osób, choć należy przyznać, że szeroko pojętej agroturystyki mamy już coraz więcej, wręcz na wyciągnięcie ręki. W mojej ocenie, to właśnie tam warto kierować swe kroki, różnica w cenie nie jest znacząca, a pobyt w miejscu ciepłym i z duszą, na pewno będzie przyjemniejszy niż kilka nocy w noclegowni na poziomie hostelu.

Tutaj należy oddać Paulinie, że pokierowała nas doskonale, do miejscowości Dwernik, do Pani Edyty oraz Pana Pawła. Miejsce, które odwiedziliśmy, to Dolistowie, z bardzo ekstremalnym zejściem do Sanu, przepięknym widokiem na góry oraz Domem Gospodarzy, który aż kipi pozytywną energią, spokojem i ciepłem. Oprócz samej atmosfery, główną atrakcją Dolistowia są pokazy astronomiczne, prowadzone przez Pana Pawła. Niestety, najpierw przez pogodę, a kolejno przez nasze niezdecydowanie, nie udało nam się wziąć w nich udziału, czego mocno żałujemy.Tutaj kolejna rada: gdy będziecie mieli okazję, dopytujcie o wszystko swoich gospodarzy, są to zazwyczaj osoby z ponadprzeciętną wiedzą z zakresu bieszczadzkich zakupów, gastronomii, szlaków, ciekawostek i innych smaczków. Bez wahania będą chcieli Wam pomóc.

Atrakcje

Jadąc do Dwernika, po drodze zatrzymaliśmy się w Sanoku, zwiedziliśmy bardzo interesującą wystawę w Muzeum Historycznym na Zamku Królewskim, którego zbiory mogą robić niemałe wrażenie. Oczywiście głównymi punktami są galeria prac Zdzisława Beksińskiego oraz zbiór ikon, ale szkic Picassa czy część przeznaczona na bajeczne prace Mariana Kruczka mogą zatrzymać na dłuższy czas, tych, którzy nie spodziewali się większych wrażeń. Warto rozważyć również Muzeum Budownictwa Ludowego czy nieco dalej, postój nad Jeziorem Solińskim i zaporą wodną na Sanie.W samych Bieszczadach, jak już wspominałem wyżej, atrakcjami są oczywiście szlaki wędrówek pieszych, obserwacje astronomiczne czy samo niebo nocą, w bardzo małym stopniu zanieczyszczone sztucznym światłem. Weźcie również pod uwagę nagromadzenie cerkwi z początków XX w. Moim zdaniem warto jednak przeszperać sieć w poszukiwaniu atrakcji, które będą Wam indywidualnie odpowiadać. Zagłębiłem się w temat i naprawdę jest w czym wybierać, opcji jest naprawdę wiele i niemal każdy powinien znaleźć coś dla siebie.
Moja rada przy tym akapicie to zaplanować atrakcje wcześniej, aby nie rozbijać sobie planu dnia oraz wykorzystać maksymalnie czas. Pamiętajcie, że to tylko kilka dni.

Szlaki

Na tę część można by poświęcić osobny wpis, ale nie ma takiej potrzeby, bo teoretyczne przedstawianie Wam szlaków bieszczadzkich to nie jest moja działka. Nie jestem ani doświadczony, ani biegły w tym temacie. Odsyłam Was na strony typu Twoje Bieszczady gdzie można znaleźć przydatne informacje, orientacyjne czasy przejścia, sposób przygotowania się na wędrówkę oraz co zdobyć, jako niezbędne wyposażenie.We dwoje weszliśmy na Małą i Wielką Rawkę od strony tej pierwszej i zeszliśmy do Ustrzyk Górnych od strony tej drugiej. Nie jest to szlak dla mięczaków, ale oprócz błota i osuwających się kamieni, nie był trudny.

Drugiego dnia wybraliśmy się niedaleko Dolistowia, na łatwiejsze podejście na Dwernik-Kamień. Szlak bardziej dla leniwych, a szczyt jest wybitnie widokowy, więc świetna opcja na początek przygody z Bieszczadami.Z łatwych tras, nasza koleżanka, znająca dobrze Bieszczady (dziękujemy, Dominiko!) poleca również Tarnicę czy Połoninę Wetlińską. Unikajmy ich jednak, jeżeli irytują nas rozwrzeszczane rodziny z dziećmi oraz ekipy młodzieży, które zapomniały o mózgu, ale w plecaku mają piwo. Moja rada: Bieszczady to nie przelewki.

Gastronomia

Był to chyba pierwszy wyjazd, na którym byliśmy za każdym razem przynajmniej zadowoleni z jedzenia, które nam zaserwowano. Już w trakcie drogi z Sanoka do Dolistowia trafiliśmy nieprzypadkowo do Wilczej Jamy w miejscowości Smolnik. Kawałek dalej znajduje się gospodarstwo z niezłym serem, w całości warzonym z koziego mleka, warto tam zajrzeć. W Wilczej Jamie menu jest krótkie i niezbyt treściwe. Ot, zwykła, przydrożna karczma. Ceny jak na dziczyznę niezbyt wygórowane, z opcji wegetariańskich, tradycyjnie, pierogi. Pewnym zgrzytem jest to, że knajpa próbuje określić się jako żyjącą w zgodzie z naturą a głównie serwuje nam dziczyznę. Stawiam, że mają wakat na stanowisku marketingowca.
Na przystawkę wybrałem pasztet z dzika z sosem tatarskim z rydzów (13.00zł), na pieczywo domowe za dopłatą 2.00zł spuszczam zasłonę milczenia. Pasztet smaczny, mocno zmielony, gładki, mięsny, przyprawiony bardzo klasycznie, nieprzesadnie. Dodatki w postaci nie tylko sosu, ale również niespodziewanej brusznicy oraz hipsterskiego jarmużu, na poziomie przydrożnego zajazdu, ani wyżej, ani niżej.Kolejno pieczeń z dzika ze śliwkami i czerwonym winem (35.00zł). Dopłata 2.00zł za zamianę prażonej kaszy gryczanej na kopytka to kolejny niesmaczek wśród dania, które jak na swoją cenę jest wyjątkowo bogate. Zdaję sobie bowiem sprawę, że danie z dziczyzny, za które nie musimy oddawać do kasy nawet dwóch banknotów z Bolesławem Chrobrym to rzeczywiście tanio. W tym przypadku jednak, otrzymujemy esencjonalny, słodko-mięsny sos i cztery kawałki dzika, miękkie, soczyste, odpowiednio potraktowane. Sprężyste kopytka oraz brusznica, dopełniają smaku dania.Paulina długo wahała się nad pstrągiem, jednak wybrała pierogi ruskie, do czego zachęcała również ich cena 14.00zł za 10 sztuk. Trzeba przyznać, że gdyby gdzieś obok mnie w garmażerce sprzedawali pierogi w tej cenie, o podobnej jakości, to pewnie wybierałbym się tam często.Kolejnego dnia, po zejściu z Wielkiej Rawki, trafiliśmy stopem do Ustrzyk Górnych, w których lokale nie przekraczają 3,5/5 w ocenach Google. Brzmi przerażająco a niewątpliwie zmęczeni i głodni podróżni, jakimi byliśmy, musieliby pogodzić się z tym, że zjedzą dopiero w jakimś bardziej cywilizowanym gastronomicznie miejscu za kolejną godzinę czy dwie, gdyby nie ona: Bieszczadzka Legenda. Miejsce o tyle dziwaczne, co kompletnie nie pasujące do standardów kulinarnych Bieszczad. Oferowana atmosfera i dania, pozostaną w naszej pamięci na długo. Dla osób szukających czegoś odmiennego od wszędobylskiego pstrąga czy pierogów na drewnianych stołach i glinianych misach, jest to lokal, który w trakcie wypadu w Bieszczady, muszą poznać.Wracając do dań – dla siebie zamówiłem Placek po Bieszczadzku z surówką (20-coś zł), Paulina wybrała zaś Burger z buraka (20.00zł). Oba dania bardzo mocno przyprawione, zaś przyprawy wykorzystane do ich przygotowania, zdecydowanie różne od standardów do jakich przyzwyczajają nas zajazdy i karczmy bieszczadzkie. Placek chrupiący z zewnątrz, miękki w środku, wewnątrz przełożony lekko pikantnym sosem z chudą wieprzowiną, surówki klasyczne, acz świeże i chrupiące. Kleks ze śmietany jak zawsze mile widziany, wieńczący dzieło.Burak Burger czyli dwa kotlety z buraka, do których nie żałowano przypraw (jedna z klientek obok nie dokończyła dania, tłumacząc kelnerowi, że jest właśnie zbyt mocno przyprawione i nie w jej stylu), soczyste, mięciutkie i również chrupiące na zewnątrz. Słodycz buraka kontruje mocny aromat przypraw i w mojej opinii była to potrawa udana, choć nie porywająca.Karbowane frytki, frapujący sos z cynamonem, kawa rozpuszczalna za 5.00zł w domowym kubeczku, muzyka i kelnerzy podający danie ze słowami: i ma być wszystko zjedzone, sprawiają, że gdy będę chciał znów powiedzieć stop polskiemu reggae! zastanowię się dwa razy.

Trzeciego dnia trafiliśmy do Ranczo – Wetlina Wschodnia, które jako jedno z niewielu w okolicy serwowało golonkę. W sumie to nieco nietypowe, wszak w większości zajazdów, karczm i temu podobnych przybytków jest to sztandarowe danie. Oprócz klasyków jak pstrąg czy faszerowany schabowy, miejsce oferuje również pizzę. Z wiadomych względów, nie skorzystaliśmy z możliwości jej nabycia, ale na talerzach innych osób, wyglądała dobrze. Paulina wybrała Pierś Wampirzycy (27.00zł), danie, w którym pierś z kurczaka potraktowano niczym spód do pizzy a na wierzchu ułożono pieczarki, cebulę, ser, a całość obficie posmarowano sosem czosnkowym i zwieńczono paseczkiem suszonej papryki. Danie groteskowe i niezbyt wyszukane, ale każdy składnik z osobna był na odpowiednim poziomie, a soczysty filet w jakiś sposób zdołał spiąć to coś w całość.Interesujące doświadczenie, ale nie wybrałbym tego dla siebie.
Dla siebie wybrałem ją, królową tuszki wieprzowej. Golonkę, ah! Co to była za golonka (35.00zł)! Naprawdę słuszna porcja miękkiego, odchodzącego od kości, aromatycznego mięsa, z klejącą się, ciągnącą skórką. Całość, ociekająca kolagenem i umami, powinna zadowolić nawet wybrednych. Kwaskowatość kapusty, na której jest podawana, wraz z musztardą i chrzanem odpowiednio balansuje smak mięsa. Jedyne czego zabrakło to mocniejszego przyrumienienia skórki, choćby palnikiem. Osobiście jestem fanem takiego rozwiązania.Niemniej, dla golonki warto tam zajrzeć, jeżeli inne mięsa również przygotowują podobnie, a pstrąg z ich hodowli jest na takim poziomie, to bez wahania to miejsce polecam.
Aha, szklanka koktajlu po brzegi wypełniona jagodami za 10.00zł, czy muszę pisać więcej?Śniadania w ciągu dwóch dni pobytu, jedliśmy w Dolistowiu. Pani Edyta serwuje pyszne wegańskie i wegetariańskie dania. Kaszę jaglaną, jajecznicę, grillowane warzywa, pesto ze szpinaku, płatki z domowym jogurtem z dodatkami. Jest syto, pysznie i lekko. Dobra opcja do wyboru przed wyjściem na szlak.

Kontynuując temat śniadań, ostatniego dnia wyjazdu skusiliśmy się na dobrze ocenianą w internetach Jadłodajnię Smak. Paulina zamówiła delikatną, świeżą Jajecznicę z trzech jajek (13.00zł) a ja Żur z Jajkiem i Kiełbasą (14.00zł). Kiedy zamawiasz żurek z jajkiem i kiełbasą, nie oczekujesz, że będzie to żurek i z jajkiem i z kiełbasą on a side. Dla mnie było to duże zaskoczenie, a porcja przerosła najśmielsze oczekiwania. Smak zaś im dorównał. Jeżeli w Wetlinie dopadnie Was syndrom dnia poprzedniego lub choroba filipińska, to ten żurek uratuje Wam dzień.Podsumowując ten akapit, na którym chciałem się skupić najbardziej, to wspomnę jedynie, że warto zaplanować co i gdzie chcemy zjeść wcześniej. Niestety, straciliśmy z Pauliną sporo czasu na poszukiwaniach odpowiedniego miejsca. Warto ten czas zaoszczędzić na atrakcje, które wymieniałem wyżej. Unikajcie również miejsc do bólu karczmianych i zajazdowych, w większości nie znajdziecie tam niczego ciekawego. Osobiście byliśmy ukontentowani wybranymi lokalami, a w każdym zjedliśmy naprawdę smaczne dania. Gdybym wybierał się ponownie w tamte rejony lub miał komuś coś polecić, to byłyby pierwsze wybory.

Piwo

Na pewno interesującym zjawiskiem jest niemal całkowity brak kraftu, nie wliczając w tę zasadę piw uwarzonych przez Browar Bieszczadzki Ursa Maior. Ze swojej strony z czterech próbowanych piw, mogę z czystym sumieniem polecić dwa: Sen Bieszczadnika – minimalny karmelek, nie przeszkadza w cieszeniu się cytrusowym aromatem chmieli, piwa zakwaszonego bakteriami kwasu mlekowego i uwarzonego na Brettach. Lubię takie eksperymenty, a tutaj wyraźnie to zagrało. Na pewno godny polecenia jest też a’la Flanders, o wdzięcznej nazwie Dwa Winne Misie – przyjemnie idzie w czerwone owoce i lekko ściągającą taniniczność. Bezsprzecznie niezbyt wyszukanymi i wręcz słabymi pozycjami są Rejwach na Kazimierzu (choć początek z pomarańczą i miętą był obiecujący, to końcówka męcząca) oraz Dziki Kot z Berehów – niewyraźny, finiszujący tępą goryczką.

Podsumowanie

Oderwanie się od rzeczywistości w Bieszczadach jest bardzo łatwe. Problemów z tym nie powinny mieć ani Korposzczurki ani Freelancerzy. Biorąc pod uwagę, że już za 400-500zł możemy w takiej atmosferze spędzić kilka dni, sprawia, że w mojej ocenie, jest to jedna z lepszych opcji na kilkudniowy wypoczynek w naszym kraju. Czy jesteście podobnego zdania? Może polecicie inne miejsca, w które warto się wybrać na kilka dni?

Już na zakończenie, jeżeli dotrwaliście do końca tego wpisu, to dajcie znać jak taka forma Wam się podoba? Coś dodać, coś ująć? Czy kolejne wyprawy opisać podobnie, a może coś zmienić?
Feedback będzie w tym przypadku nieocenionym doradcą.

 

Tomek Mędrek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *