Chińczyk|Lokale

Chińczyk Klasyczny

Chińczyk? A może Wietnamczyk? Taj?
No bez… żartów.
Czy w przypadku synkretycznej kuchni azjatyckiej spotykanej w zaułkach naszych miast powinniśmy rozstrzygać kwestie nomenklatury i pochodzenia?
Bawić się w to mogą gastronomiczni genealogowie i pedantyczni krytycy kulinarni – mnie, przebywającego tam, interesuje jedynie smak, o pochodzeniu, technikach wyrobu i nazewnictwie możemy porozmawiać przy innym rodzaju wypełniaczy.

Nie mogę tego ująć tak, że burgery mi się ostatnio przejadają, ale na pewno mogę stwierdzić, że niewiele odkrywczego dla mnie w tej kwestii pozostało do odnalezienia, z drugiej strony nadal mam te dni gdy opanowuje mnie nieodparta chęć spożycia mięsa w niekoniecznie czystej postaci. Z tego powodu często wybieram kebaby a ostatnio, za sprawą Towarzyszki Spożywania trafiłem na ulicę Grójecką w Warszawie, do restauracji Van Binh, oferującej dania jak u typowego Chińczyka, spotykanego bardzo często w naszym kraju, ale również dania określane jako oferta kuchni wietnamskiej dla smakoszy. Oczywiście, skorzystałbym z tej oferty chętnie jak posłowie korzystają ze swych diet, ale celem tego akurat wyjścia było spożycie możliwie dużej ilości mięsa w rozsądnej cenie i poruszanie bardziej odważnych tematów, takich jak Gotowane Jelita czy Czernina musi zaczekać do innej okazji.

Po wejściu poczułem się tak głupio jak musiała czuć się Jagna Marczułajtis mówiąca o stolicy Szwecji, Oslo, bo lokal nie jest typowym miejscem z kuchnią chińską a dosyć kiczowatą, ale co nieco elegancką restauracją z obsługą noszącą spodnie w kant i muszki. Ja w stroju, w którym nie wpuszczono by mnie nawet na dyskotekę (tylko obuwie sportowe i koszule w kratę) czułem się nieco głupio wśród wieczorowo ubranych osób, więc by odsunąć od siebie myśli o nietrafionym dresscodzie, zamówiliśmy przystawki, które to właściwie przyciągnęły mnie do tego lokalu, bo Towarzyszka Spożywania zarzekała się, że mają w ofercie pyszne Sajgonki(12.00zł), dodatkowo na start zamówiliśmy rekomendowany przez kelnera sok o smaku mango, który okazał się niegazowanym, słodzonym napojem o smaku mango, ale na tyle gęstym, mdłym i schłodzonym, że byłem w stanie mu wybaczyć.Van Binh (1)Van Binh (2)Mimo, że w karcie napisano o sześciu sajgonkach to Towarzyszka Spożywania zapewniała, że zawsze dostaje się ich więcej, na przykład dziewięć lub dziesięć – my otrzymaliśmy po osiem. Dekoracja ze świeżych warzyw została czym prędzej pochłonięta a, mimo posiadanych sztućców, w dłoni już trzymałem pierwszą sajgonkę – wrażenie wejściowe nienajlepsze: nieco przesmażone a przez to nie chrupiące a wręcz łamiące się, choć Towarzyszka zapewniała, że trafiła na takie pierwszy raz w tym miejscu. Co do samego smaku nie mam nic by zgłaszać jakiekolwiek reklamacje. Lekki i nienarzucający się farsz mięsno-warzywny owinięty w papier ryżowy doskonale za to smakował z sosem, w którym początkowa nuta octu i czosnku przeradzają się dosyć płynnie w pikantny finisz – tak bardzo przypadł mi on do gustu, że zniknął szybciej niż sajgonki z mojego talerza.

Daniami głównymi, na które musieliśmy chwilę zaczekać (co według mnie zaświadczyło jednak na korzyść kucharza), był Kurczak Duszony w Mleczku Kokosowym(20.00zł) i Cielęcina z Sezamem(choć karta od tym nie wspomina) na gorącym półmisku(35.00zł).
Cielęcina bardzo przypomina mi naszą(w domyśle: polską) świeżonkę – świeże, pokrojone w kostkę, nieprzetrzymane mięso z kilkoma żylastymi fragmentami, doskonale połączone z duszoną cebulką i niepokrywającą wszystkiego nutą przypraw. Dodatkową atrakcją jest gorący półmisek, który sprawia, że całość wydaje się jeszcze gotować na naszych oczach, stara się pobrudzić nam koszulkę pryskającym tłuszczem i poparzyć jamę ustną jeżeli tylko nie jesteśmy cierpliwi. Kolejnym urozmaiceniem jest wspomniany w nazwie dania sezam, który nieco łamie tę świeżonkę nutą orzechową i skutecznie usadawia się w każdej szparze w naszym uzębieniu. Dodatek żółtego ryżu, który smakuje jak ryż ugotowany na sypko, pomijam. Całość bardzo typowa, zwyczajna, aczkolwiek udana i bez żadnych potknięć.Van Binh (4)Kurczak, a właściwie jego pierś, zwinięta w roladkę i pokrojona w ślimaczki, duszona w mleczku kokosowym, to danie dla niewymagających szczególnego polotu w daniu z natury słodkim – sos bardzo udany, gęsty, z odpowiednio mocnym posmakiem wnętrza orzecha kokosowego i nikłą nutą przypraw, co w tym przypadku było jak najbardziej pożądane. Sam kurczak bardzo soczysty, z zewnątrz przyjemnie domknięty a w środku mięciutki – trzy plastry ogórka oczywiście zbędne a kulka ryżu już trochę bardziej pasuje.Van Binh (3)

Na deser zamówiliśmy Banany w Cieście(9.00zł) – za tę cenę otrzymujemy trzy połówki banana otulone ciastem a’la naleśnikowym, którego odnaleźliśmy nieco zbyt wiele na miękkim i gorącym w środku owocu – bita śmietana, lekko słodki banan i tłustawe ciasto komponują się doskonale o ile nie pijemy do nich zbyt dużych ilości alkoholu lub nie jesteśmy przejedzeni, bo wtedy taki mdły deser może działać jak działko do produkcji tęczy czy malunków naściennych z działu abstrakcji.Van Binh (5)

Widać na sam koniec analizy nieco się zapędziłem, ale powiem szczerze, że jest to bardzo poprawny Wietnamczyk, którego umieściłbym nieco wyżej niż klasycznego Chińczyka z samoobsługą, ale takie aspekty jak każdy widelec i nóż od innego kompletu sztućców, miły kelner, któremu w czasie odpowiadania na nasze pytania wymsknęło się(jakże górnolotne) kurde, wątpliwej jakości panowie, przychodzący jedynie oddać mocz i wychodzący znów na zewnątrz, sprawiają, że do klasycznej, eleganckiej restauracji sporo jeszcze brak.
Tak czy inaczej polecam, jeżeli tylko masz ochotę na szybkiego Azjatę, drogi Czytelniku.

Ocena od Żółwia: trzy z plusikiem, za samo pożywienie, tak czy inaczej – Żółw zadowolony (skala: 1-5)3

Tomek Mędrek

You might also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *