Lokale|Stek

Stek Zwycięzców

Podczas niedawnego pobytu we Wrocławiu, wraz z Towarzyszką Spożywania odwiedziliśmy dwa miejsca serwujące burgery, spożyliśmy tradycyjną wręcz knyszę na dworcu autobusowym i wybraliśmy się do miejsca, serwującego według niektórych Wrocławian, najlepszą wołowinę i burgery w mieście – The Winners Pub, znajdujący się na ulicy Włodkowica 5 i to właśnie podwoje tego miejsca postaram się Wam dziś przybliżyć, drodzy Czytelnicy.

Wystrój lokalu nieco mroczny, z ogromnymi kanapami, obitymi białą skórą, które dosyć mocno kontrastują z resztą. Pub jest rekomendowany głównie dla osób, które są fanami sportu i chętnie obejrzą mecz w towarzystwie piwa, pożywienia ewentualnie znajomych. Na ścianach kilka sporych rozmiarów telewizorów oraz nieco odmiennych elementów jak staromodny telefon czy gitara, które maja prawdopodobnie przywodzić na myśl międzywojenne amerykańskie lokale. Z najważniejszych jednak rzeczy: schludnie, czysto i mało pachnąco, mimo czasem otwieranych drzwi od kuchni, które znajdowały się niemal naprzeciwko naszych miejsc. Może to z powodu wczesnej pory, gdyż wybraliśmy się tam raczej na obiad niż wczesną kolację.The Winners (4)

Kończąc te dywagacje a przechodząc do sedna: jako, że dwa lokale z burgerami na trzydniowy pobyt to więcej niż połowa skuteczności, w tym miejscu zrezygnowaliśmy z mielonego mięsa w bułce, choć menu, zapewniające nas o mieleniu wyłącznie polędwicy na rzecz burgerów bardzo do tego zachęcało.
Zamiast ich wybraliśmy jednak steki z oferty, która nie przytłaczała ani cenami ani wagą kawałka wołowiny.The Winners (2)

The Winners (3)Zanim to jednak nastąpiło, postanowiliśmy wypić coś ciepłego, gdyż średnio bogata w ciepło pogoda dała nam w kość podczas drogi do The Winners. Zamówiliśmy herbatę oraz Irish Cofee – kawa została podana bez zbędnych udziwnień, szybko okazało się, że delikatny kleks ze śmietanki skrywa pod sobą iście diabelską kompozycję mocnej kawy i jeszcze mocniejszego alkoholu – solidna porcja gorącego napoju rozgrzała mnie bardzo szybko, ale nie jest to na pewno propozycja dla wszystkich osób i na wszystkie dni roku.
Po zaprezentowaniu w gustownej szkatule kilkunastu smaków herbaty do wyboru, wybór Towarzyszki padł na napój marki Two Leaves and a Bud o smaku Alpine Berry. Nie jestem koneserem, ale była to przyjemna kompozycja herbaty, hibiskusa, pomarańczy oraz smaku owoców, kryjących się pod angielskim określeniem berry.

Po chwili przeznaczonej na napoje nadszedł czas by wybrać gwóźdź programu czyli kilkaset gram mięsa wołowego w czystej postaci.
Wybór nie był wcale taki łatwy, gdyż rodzajów, ze względu na części oraz rasy bydła wołowego, jest kilka. Ja zastanawiałem się między Mignion Steak (68.00zł) a Angus Steak (59.00zł), za to Towarzyszka Spożywania miała zamiar dopytać o New York Steak (44.00zł) – po chwili zjawiła się kelnerka i rozwiała wszelkie wątpliwości – dowiedziawszy się, że Angus Steak to czysta polędwica z Angusa, poprosiłem o właśnie tę opcję, Towarzyszka zaś po informacji, że New York Steak może być nieco przerośnięty i żylasty zmieniła swój wybór na Strip Steak (57.00zł). Dodatkowo wybraliśmy stopień wysmażenia mięsa: dla mnie medium-minus a dla Towarzyszki medium.

Jak w programie Kawa Czy Herbata? znanego z anteny TVP1 rozmawiając i popijając, czekaliśmy na nasze zamówienie. Nie trwało to długo i tak oba steki pojawiły się na naszym stoliku w towarzystwie kilku przypraw takich jak sól, pieprz czy ostry sos.
Konsumpcję swego dania rozpocząłem od dodatków czyli pieczonych ziemniaków, podanych z dekoracją w postaci twarożku, grillowanej papryki i najbardziej interesującego plastra boczku podanego na ciepło.
Twarożek o dosyć ziarnistej strukturze i niezbyt zdecydowanym smaku mieszał się z mocno skrobiowymi ziemniakami w sposób nie do końca przypadający mi do gustu. Próbowałem tę parę ratować sosem pieprzowym i po części się to udało – z jednej strony cieszyłem się więc, że dodatków nie była masa, ale z drugiej strony czułem pewien niedosyt z tym związany.
Papryka okazała się zdecydowanie smaczniejsza – nieprzetrzymana, jeszcze lekko chrupiąca, oddająca mnóstwo soku i smaku na talerz.
Niekwestionowanym liderem wśród dodatków okazał się jednak plaster boczku – pełen delikatnego posmaku wędzenia, lekko słony, miękki i nie przesmażony – dzięki niebiosom, że tylko jeden, bo mógłbym zapomnieć o steku…The Winners (1)

Okazuje się, że mógłbym żałować tego bardziej niż Ukraińcy konsekwencji EuroMajdanu.
Zacząć należy jednak od tego, że często mam okres… Gdy moim jedynym pożywieniem mogłoby być mięso a szczególnie coś innego niż drób w tej kategorii. Mam wtedy wielką ochotę na steki, bo to właściwie mięso w czystej postaci, dokładnie takie jakiego potrzebuję w te dni.
Jeżeli więc na moim talerzu pojawia się warte kilkadziesiąt złotych, kilkaset gram mięsa wołowego wpadam w pewnego rodzaju letarg i reaguję jedynie na bodźce dostarczane z jamy ustnej.
Nie inaczej było w tym przypadku, choć z pewnym odstępstwami. Ładnie podany stek, zacząłem bowiem jeść oczami jak napalony nastolatek matkę swojego kolegi. Krojąc go, już pod nożem czułem, że jest to coś przygotowanego zgodnie z zasadami sztuki – z jednej strony kroił się bardzo gładko, ale z drugiej nie stracił na konkretności struktury podczas przygotowywania. Przekrojony ukazał swe prawdziwe piękno – znakomicie domknięty z zewnątrz, w środku niemal surowy a między tymi dwoma areałami smaku idealnie różowy.The Winners (6)

Pierwszy kęs i eksplozja endorfin – to jest dokładnie to czego szuka się w solidnym steku – rewelacyjnie domknięty – powiedziałbym nawet, że było blisko bym usłyszał chrupnięcie spod moich zębów. W środku miękki, soczysty, o odpowiedniej temperaturze. Zdecydowanie czuć, że mięso odpoczęło tyle ile potrzebowało by być jak najbardziej kruche i zachwycać strukturą.
Sam smak to przede wszystkim naturalny posmak chudego mięsa z polędwicy z delikatnym dodatkiem prostych przypraw – od czasu do czasu dołożyłem do niego nieco sosu pieprzowego, ale nie uważałem tego za coś co uszlachetniłoby już i tak do granic możliwości szlachetny posiłek.

Stek Towarzyszki Spożywania również wyglądał i smakował bez zarzutu a z dodatków, której jej przypadły w udziale najbardziej zasmakowały mi lekko duszone pieczarki z cebulką, na których został podany jej stek.The Winners (5)

The Winners (7)Po tak konkretnej porcji świetnej jakości wołowiny przyszedł czas by skosztować deseru – Czekoladowy Fondant (14.00zł) podany w glinianym naczyniu do czasu wbicia pierwszego widelca wydawał nam się niższy niż wzrost PKB w naszym kraju oraz smutny jak Zakochany Klaun. Jednak chwile po spróbowaniu, udekorowanego orzeszkiem ziemnym, zapieczonego deseru na naszych twarzach wykwitły oznaki błogiej rozkoszy – czekoladowo-czekoladowy czyli mój ulubiony rodzaj deseru, o chrupiącej, niezbyt suchej powłoczce skrywa w środku gorące, czekoladowe nadzienie, któremu nie oparłaby się nawet osoba z ostrą alergią na kakao – znakomite.

Podsumowując, zdarzyło mi się w swoim życiu wydawać trzycyfrowe sumy na obiady czy kolacje, ale zdarzało mi się też nie być z tych wydatków zadowolonym – z The Winners Pub nie miałem tego problemu, pieniądze oddane im za ten syty obiad uważam za ulokowane najlepiej jak potrafię czyli w mój brzuszek.
Mogłem w ten sposób poczuć się zwycięzcą po wyjściu z tego lokalu (na pewno nie pierwszym ani nie ostatnim).
Sportowych emocji na ulicy Włodkowica 5 nie doznałem, ale za to mięsne emocje pokryły mi tę stratę z nawiązką.

P.S. Dziękuję Gladyshowi, który tym tekstem na Street Food Polska zachęcił mnie do odwiedzenia tego miejsca.

Ocena od żółwia: po prostu pięć, zero potknięć, przyjemne miejsce z rewelacyjną wołowiną i obsługą na poziomie (w skali 1-5).5

Tomek Mędrek

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *