Burger|Lokale

Burgeromania

Jestem wzruszony niemal tak mocno jak Maja Sablewska podczas spotkania informacyjnego na temat jesiennej ramówki stacji TVN Style, w której miał ruszyć (i ruszył) jej program Sablewskiej sposób na modę.
Może troszkę przesadziłem, ale powód tego stanu rzeczy jest bezprecedensowy.

Żółw by skosztować smacznych burgerów był do tej pory zmuszony przebyć wiele kilometrów – tak było w przypadku wyjazdu do Krakowa, zjazdów food trucków w Warszawie. Już planował wyjazdy do Poznania, Wrocławia czy na Pomorze by uszczknąć choćby kawałeczek tamtejszej street foodowej kultury.
Stało się jednak coś co kazało zaczekać z wyjazdami, powstrzymać się na jakiś czas z planowaniem i przełożyć wszystko na dalsze terminy.

W Radomiu, czyli najbliższym mi mieście zaczęło działać miejsce oferujące coś więcej niż klasyczne przydworcowe propozycje (mięsny placek z Biedronki, bułka z Makro, ketchup i kapusta) – burgery z prawdziwego zdarzenia. Biorąc pod uwagę to, że miasto liczy grubo ponad 200tys. mieszkańców to dosyć późno zaczęła się do niego wkradać moda na burgery (nie licząc restauracji Jack’s, znajdującej się na poziomie 0 Galerii Słonecznej) – w mojej opinii ma to związek z mentalnością Radomian i emigracją młodych, policealnych duszyczek do tak zwanych miast akademickich, ale nie jest to temat o którym chciałbym dziś pisać.

Lokal o nazwie Burgeromania otwarto dnia 31.10.2013r. o godzinie 10:00. Zjawiłem się tam około godziny 16:00, nieco zwiedziony informacją, że znajduje się on naprzeciwko Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Technologicznego Humanistycznego im. Kazimierza Pułaskiego w Radomiu (Jego Magnificencja stale na konferencji) – okazało się bowiem, że znajduje się troszkę bardziej naprzeciwko parkingu tegoż Wydziału. Nie zanudzając Was, drodzy Czytelnicy topografią rodowitego miasta Chytrej Baby, ujmę to tak: było to gdzie indziej niż się spodziewałem aczkolwiek bez problemów zaparkowałem obok i od tej pory większych problemów przy dotarciu tam nie spodziewam się.
Już przy samym wejściu powitała nas głowa byka, która jest czymś na kształt motywu przewodniego w lokalu – na pewno malował go ktoś uzdolniony artystycznie, bo jeszcze w czasach gdy osobiście starałem się coś takiego narysować wychodziło to przeciętnie – mama mówiła wtedy, że nie mam zdolności plastycznych i prawdopodobnie miała rację.
Wizerunek byka wzmógł we mnie przede wszystkim zainteresowanie jakością mięsa rasy Black Angus, dostarczanego przez dostawcę, który zaopatruje kilka renomowanych restauracji w Warszawie (szczegółów, podobnie jak Ewy Kopacz – nie znam).

Lokal jest dosyć wąski i niezbyt przestronny. Stonowane, drewniane umeblowanie umożliwia jednoczesne, niezakłócone spożywanie dla około dziesięciu osób.
Menu zaskakuje: mimo jedynie kilku burgerów do wyboru nikt nie myślał o ograniczaniu się i konserwatyzmie rodem z Sojuszu Lewicy Demokratycznej – mamy tu jednocześnie pozycje klasyczne gdzie dodatkami są jedynie ser, boczek i sosy oraz pozycje dosyć wyszukane, w których znajdziemy orzechy włoskie, pastę z awokado czy rodzynki (nie zauważyłem jednak pasującego do rodzynek sułtańskiego kremu… może z powodu jego charakteru, który ciężko byłoby skomponować z burgerem?).
Dodatkowo można zamówić frytki (4.00zł) czy sałatkę Colesław (4.00zł).IMAG0258[1]

Nie dość, że burgery spożywało kilka osób przed lokalem to kolejne czekały na odbiór zamówienia i spożywały już we wnętrzu, dosyć mocno wypełnionym dymem, powodem powstania którego był nie do końca sprawnie działający okap i Big Green Apple czyli grill opalany węglem drzewnym i (w przypadku Burgeromanii) skrawkami drzewa orzechowego. Ten element zdecydowanie wyróżnia tutejsze burgery od innych propozycji, smażonych na grillach lawowych czy płytach ogrzewanych gazem jakie w swym życiu miałem okazję kosztować.

Uprzejma pani za ladą najpierw przyjęła zamówienie od towarzyszki spożywania, która zdecydowała się na burgera o nazwie Klasyk (15.00zł) i frytki. Po chwili i ja złożyłem zamówienie: Krowa Na Wypasie (17.00zł), prosząc o większą porcję mięsa (zamiana ze 150g na 180g nic mnie nie kosztowała) i opcjonalny sos chipotle, który jednak był obecny jak niejeden poseł na posiedzeniu Sejmu i musiałem obyć się bez niego.
Czekając około dziesięciu minut rozglądałem się po lokalu, ślizgając wzrokiem po motywie głowy byka, serwetkach, drewnianych krzesłach, skupionych przy zatapianiu zębów w pożywieniu twarzach spożywających, odgrodzonym szybą, średnich rozmiarów zielonym grillu, co chwilę otwieranym i zamykanym by dołożyć kolejną porcję mięsa czy wyłożyć na nie dodatki – zadymione pomieszczenie, mimo swych małych rozmiarów świetnie pasuje do roli jaką mu powierzono. IMAG0254[1]

IMAG0260[1]IMAG0259[1]W większości burgery przygotowywane są na oczach klientów. Gdy nasze zamówienie było już gotowe (nie licząc frytek) pani wyszła zza lady i podała nam oba rzeczone burgery na różowych, wykonanych z tworzywa sztucznego, głębokich tacko-koszykach, wyściełanych nieprzeciekającym kawałkiem papieru. Już w trakcie jedzenia, przekłutego wykałaczką szaszłykową dania zorientowaliśmy się, że nasze zamówienia zostały zamienione i to ja spożywam Klasyka a towarzyszka spożywania trzyma Krowę Na Wypasie. Nie zrażeni tą pomyłką skupiliśmy się na tym co najważniejsze. IMAG0261[1]

IMAG0262[1]IMAG0263[1]Aromat samego burgera to właściwie jedna, zdecydowana nuta mięsa przygotowanego na grillu opalanym węglem drzewnym – mimo, że ten zapach kojarzy mi się bardziej z grillami za stodołą Babci Janinki niż konkretnym burgerem to w momencie testów zmysłem węchu poczułem wzmocnioną pracę ślinianek.
Klasyk składa się ze 150g porcji wołowiny, sera mimolette, bekonu, ogórka, pomidora, sałaty roszponki, sosu panamskiego oraz sosu chilli.IMAG0267_BURST001[1]Zacznę jednak od tego czego nie wymieniłem wyżej a co jest zdecydowanym (o ile nie największym) atutem burgerów serwowanych w Burgeromanii czyli pieczonej na specjalne zamówienie lokalu bułki.
Białe, prawdopodobnie pszenne pieczywo o lekko żółtej barwie, posypane losowo ziarnami sezamu jest wręcz idealne – niezbyt solidnie tostowane staje się chrupiące z zewnątrz lecz nie traci na delikatności i puszystości w środku, nie kaleczy dziąseł czy podniebienia, nie przecieka i po chwili spożywania nie staje się układanką dla dzieci do lat 6. W smaku całości jest właściwie słabo wyczuwalna i pełni rolę znakomitej, choć nieco mało wyrazistej klamry kompozycyjnej.IMAG0268[1]
Dosyć mocno mielone mięso a właściwie jego struktura nie wyróżnia burgera spośród innych. Za to grillowanie go na ruszcie tuż nad rozżarzonym do czerwoności jak HellBoy kawałkami węgla drzewnego już tak. Przede wszystkim proces ten nadaje mięsnemu patty charakterystycznego dymnego posmaku, jednak w ogóle niezwiązanego z wędzeniem. Mięso w dwóch z trzech burgerów jakie zamówiłem (o trzecim za chwilę, uważny Czytelniku) określiłbym jako średnio wysmażone a w jednym z nich słabo. Co prawda nikt o stopień wysmażenia mnie nie zapytał, ale jako plus mogę zaliczyć to, że nikt nie katuje klientów mocno wysmażonym mięsem.
Soczyste, słabo doprawione, trzymające się w całości, o odpowiedniej temperaturze – tak w skrócie rodem z Teleexpressu bym je określił.
Mimolette posiada mandarynkowy odcień jak na ten rodzaj sera przystało, przyjemnie roztopiony na partii mięsnej, lekko ciągnący się i na tym koniec. Do ogółu dokłada jednak tak niewiele jak śpiewali Farben Lehre w piosence pod takim właśnie tytułem.
Boczek lekko lecz nie za słabo wysmażony – dosyć słony, ale nie przekraczający (w moim przypadku) pewnej cienkiej granicy w tej materii, ciągnący się niemal jak serial M jak Miłość emitowany na TVP2 – jako bekon: na plus.
Sos Panamski to, jak receptura każdego sosu w Burgeromanii, kompozycja własna o pilnie strzeżonym składzie – ja wyczułem jedynie jogurt grecki (na pewno więcej niż kryzysowe ilości) i drobinki nieokreślonych przypraw – nie porwał mnie, w roli zwilżacza sprawdza się dosyć dobrze i dzięki niebiosom – zastępuje w kanapce króla mdłości (czyt. majonez).
Sos chilli to czerwona, zdawałoby się pomidorowa kompozycja lecz smaku tegoż warzywa nie wyczułem zbyt wiele – próbował zaatakować mnie małą porcją kapsaicyny, ale obroniłem się jak Krzyżacy w Malborku. Przyjemny, bardzo dobrze komponujący się dodatek.
Na sam koniec sprawa ogrodowa. Nie, nie mam zamiaru nikomu wrzucać kamyczków, opisze po prostu sekcję warzywną.
Ogórek zaginął jak Chuck Norris w jednej z części serii filmowej Zaginiony W Akcji. Widoczny był pomidor, który jednak zachwycił nie więcej niż Rebecca Black w autorskim utworze Friday. Roszponka to w mojej opinii dobry wybór – dużo bardziej miękka i wykładająca się w strukturze burgera jak dobrze dobrana tapeta na ścianie remontowanego lokum. Wnosi do smaku praktycznie to samo co inne sałaty, ale sprawia dużo mniej problemów przy samym spożywaniu. Fragment liścia sałaty lodowej pomijam w swych rozważaniach, byłbym szczęśliwszy gdyby go tam nie było.

Całość burgera jawi się głównie jako smak mięsa i boczku z delikatnym dodatkiem nuty sosów, których mogłoby być nieco więcej, przyjemna struktura bułki i dosyć świeże dodatki. IMAG0266[1]

Burger niestety nie był ani trochę sycący a jeden dodatkowy kęs Krowy Na Wypasie od towarzyszki spożywania był w stanie zmienić tyle w kwestii mojego głodu co Albert Sosnowski w wyglądzie auta, uderzając w nie krzesłem ogrodowym. Postanowiłem więc podejść do lady i zamówić dokładnie tego samego burgera co poprzednio a dodatkowo dopytać o frytki, które podczas spożywania do nas nie dotarły. Okazało się, że to małe przeoczenie przy realizacji zamówień i za chwilę frytki otrzymaliśmy. Czekając na kolejną Krowę Na Wypasie, zająłem się frytkami marki McCain, podanymi w blaszanym kubeczku opatrzonym dwoma logo Burgeromanii – jednym na naklejce, przyklejonej do kubeczka a drugie nadrukowane na papierowym rożku, którym wyściełane jest naczynie i który chłonie pewne ilości tłuszczu jak i chroni kubeczek przed pobrudzeniem.
Frytki nie zachwycają, smakują jak zwykłe, mrożone frytki lecz smażone na dobrej jakości tłuszczu (kto wie, może nawet na porządnej fryturze?) – tak uzyskują status będących w porządku w mojej opinii.IMAG0270[1]

Krowa Na Wypasie, która jeszcze w trakcie Ery Frytek trafiła w moje łapki to: 150g patty z wołowiny, podwójny ser i bekon, plasterki kiełbaski chorizo, plaster pomidora, ogórek, czerwona cebula i sos panamski.

Nie będę po raz kolejny zanudzał Cię, drogi Czytelniku jak lektura Krzyżaków, autorstwa Henryka Sienkiewicza i po informacje, których tu zabraknie, zapraszam po prostu wyżej, gdyż w większości byłbym zmuszony kopiować to co analizowałem przed chwilą.

Tu wspomnę o serze, który jest żółtym, standardowym produktem. Podobnie jak wspomniany wyżej mimolette wnosi niewiele ponad koloryt do całości a nawet sprawia, że tęsknie za żółtym serem z burgera Bacon&Cheese w wykonaniu Bobby Burger.
Ktoś też pozbawił moją Krowę Na Wypasie cojones… to znaczy chorizo. To niedociągnięcie jak i inne zrzucam na karb pierwszego dnia, jeszcze niedotartej komunikacji, sporego ruchu jak i dużego dymu… To znaczy zamieszania.
Towarzyszka spożywania potwierdziła, że w Krowie Na Wypasie, którą pierwotnie otrzymać miałem ja chorizo się znalazło i smakiem przypominało jej salami z lekkim paprykowym posmakiem – także przewidywalne i prawidłowe jak rozwiązania zagadek w marnych powieściach kryminalnych.
Czerwona cebula, której krążki (nie, nie płyty CD – plasterki) znalazły się w burgerze, jak zwykle stała się niemal od razu moją faworytką – dosyć mocna w smaku a jednocześnie nie zagłuszająca całości, zdecydowanie na plus.IMAG0271[1]

Całość dosyć przyjemna, choć nieco sucha – zabrakło raczej pewnej ilości sosu i wspomnianego chorizo. Mięso w moim guście – odpowiednio wysmażone, soczyste, lekko odymione węglem drzewnym, choć, jak wspomniałem wyżej, uważny Czytelniku mogłoby być intensywniej przyprawione.IMAG0269[1]

Podsumowując: w przedziale cenowym, który obecnie uznaję za dosyć standardowy dla niesieciówkowych burgerów otrzymujemy świetną bułkę, soczyste, dobrze wysmażone mięso nad którym można by jeszcze nieco popracować i świeże dodatki na dosyć dobrym poziomie.
Przydałyby się drobne opisy do sosów (niewiele się dowiedziałem na ich temat) – sos malezyjski czy panamski mówią mi tyle co pacjenci zakładu dla głuchoniemych.

Tak czy inaczej jest to jedno z pierwszych miejsc w Radomiu w którym można zjeść porządnego, może nie najkonkretniejszego burgera, przygotowanego przez osoby pracujące sercem i rozumem, wyrabiające 150% normy. Polecam.

Ocena od żółwia: mocna trójka na zachętę (w skali 1-5).
3

Tomek Mędrek

4 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *