Cleopatra|Sieciówki

W poniedziałki druga Shoarma 50% taniej.

Nieświadomi tego, wraz z zachęcającą mnie do odwiedzenia tej mini-sieciówki towarzyszką spożywania, wybraliśmy się do Cleopatry. Lokal umiejscowiony jest na poziomie “0” Galerii Słonecznej w Radomiu, jest możliwość spożycia swego posiłku na zewnątrz, co pewnie niektórych ucieszy ze względu na aktualnie nadchodzące ciepłe dni. Dla mnie nie jest to gratka – zdecydowanie wolę klimatyzowane wnętrza.

A to wnętrze, urządzone w nieco kiczowatym, egipskim stylu bardzo przypomina restauracje Sphinxa, nawet krzesła i stoły są podobne. Nazwa sieci z resztą też kojarzy się bezsprzecznie z Egiptem.
To jedynie pozory – Sphinx jest polski z Łodzi, a Cleopatra polsko-syryjska z Rzeszowa, to znaczy firmę założył w 1998 Syryjczyk mieszkający w Polsce. Widocznie syryjskie (do pewnej granicy) pożywienie posmakowało, gdyż ze stolicy Podkarpacia sieć po wprowadzeniu franczyzy rozrosła się do kilku restauracji w całym kraju.

W odróżnieniu od sieciówek typu McDonald’s czy Burger King tu zamówienie przyjmuje obsługa, przynosi je i odbiera zapłatę – w przepełnionych zabieganymi ludźmi centrach handlowych takie zachowanie zakrawa na stratę cennego czasu, ale nie od dziś wiadomo, że tak obsłużeni czujemy się dużo bardziej znaczącymi dla obsługi niż nosząc sobie samemu tacę z jedzeniem (chyba, że niektóre sieciówki dbają o to byśmy przy noszeniu jedzenia od kasy do stolika spalili nieco kalorii?). Czy za tę wygodę trzeba dopłacać?
W Cleopatrze nie. Ceny są raczej standardowe dla dań mogących zaspokoić mój głód a dołożyć możemy jedynie przemiłej obsłudze przy ustalaniu wysokości napiwku.

Zamówiliśmy dwie porcje Shoarmy zapiekanej serem – raz kurczak, raz mięso (ekhm, wieprzowina). Do tego cola i koktajl bananowy.
Pierwsze na stole pojawiły się napoje: Coca-Cola (4.90zł) w bardzo niestandardowej butelce, pojemności 0.2l, wraz ze szklanką. Odpowiednio chłodna, tak by przy pokojowej temperaturze móc pokryć się warstwą skroplonej pary wodnej.
Koktajl bananowy, podany w wysokiej, stożkowej szklance, z grubą rurką, barwy delikatnie kremowej, aczkolwiek bliskiej białej. Z niewielką ilością bitej śmietany na wierzchu, która utrzymywała się dopóki nie postanowiliśmy jej spożyć. Przyozdobiony listkiem mięty, który swoim zielsko-miętowym aromatem dodawał uroku i nieco zadziorności. Spodziewać by się można, że smak koktajlu bananowego powinien być ciężki jak Ryszard Kalisz a sam płyn gęsty przynajmniej jak kisiel zmieszany z budyniem. Nic podobnego – schłodzona zawartość szklanki była leciutka i delikatna – brakuje mi tu polskiego odpowiednika słowa smooth dla takich napojów. Nie przytykał rurki i spożywałem go z niewątpliwą przyjemnością. Pozwolił się nieco ochłodzić, nie męczył i nie mulił do samego końca, z którego z wielką radością godną małego bobasa wyciągnąłem kawałeczek banana.

Kolejno na stole pojawiły się sosy. Dla każdego ze spożywających trzy rodzaje w trzech opatrzonych firmowym logo miseczkach.

Pierwszy z nich to typowy, znany z pizzerii sos na bazie jogurtu/śmietany/mleka zwany przez wszystkich sosem białym (chyba od koloru?). Smak przede wszystkim jogurtowy, wyczuwalne granulki czosnku (jakby nie patrzeć) granulowanego, co psuje konsystencję sosu jak szpilki w pościeli. Do tego zielone fragmenty ziół, które coś bardzo mocno mi przypominały, ale pamięć bywa zawodna i nawet próbując samego sosu nie udało mi się stwierdzić co to.
Kolejny sos posiadał barwę tego co mogła wydobyć ze swego wnętrza osoba jeżdżąca na rollercoasterze, uprzednio spożywając jedynie musztardę i majonez. Towarzyszka spożywania zazwyczaj upiera się przy tym, że sosy o tej barwie to sosy Tysiąca Wysp i w sumie z jednej strony by się zgadzało, bo wygląda to jak ketchup z majonezem i przyprawami, z drugiej zaś przepisów na ten sos jest tak wiele, że to co stało między sosem białym a sosem czerwonym nazwałbym po prostu sosem brązowym. Jego barwie może do koloru brązowego nieco brakuje, ale nie ma sensu tego komplikować. Tak naprawdę to jedynie środkowy sos z Cleopatry, aczkolwiek ta nazwa wydaje mi się być zbyt długa. W smaku dominują przyprawy, lekko kwaśna, octowa nuta i tony majonezu – kompozycja jak najbardziej udana i chętnie zanurzałem w niej kawałki mięska.
Jak wspomniałem wyżej trzecim i ostatnim z sosów był sos czerwony. Szklista, ciemno-czerwona, dosyć rzadka masa kryje nieco przypraw i fragmenty ostrych papryczek (głównie czerwonych). Nie dość, że z wyglądu to jeszcze smakiem przypomina słodkie sosy chilli – przy pierwszym kontakcie słodkawe, dalej już tylko ostre (if you know what I mean). Jest to nieco uboższa wersja takich sosów, ale dosyć smaczna i będąca pocieszeniem dla fanów pikanterii – w samej bowiem Shoarmie, tego rodzaju wrażeń nie znajdą.

I tak przechodzimy do tytułowej bohaterki. Shoarma to coś na kształt kebaba czy gyrosa – fragmenty konkretnie (nie zawsze ma to miejsce w polskiej wersji kebaba) przyprawionego mięska, pieczonego na obrotowym rożnie. W różnych krajach granice pomiędzy tego typu daniami pochodzenia arabskiego, tureckiego czy greckiego po prostu się zacierają, tworząc coś na kształt ich lokalnych wersji, ale właściwie od tego jest różnorodność przypraw, półproduktów i rodzajów przygotowywania by dać wybór i zaspokoić gusta każdego konsumenta.
Po tym jak uświadomiłem sobie, że jedną Shoarmę, przy zamówieniu w poniedziałek dwóch, otrzymuje się za 1792.5gr, zacząłem mieć obawy co do wielkości porcji. W standardzie na stole powinno pojawić się 200g szoarmowego mięska, na nim nieco roztopionego sera, frytki oraz surówka. Udekorowaniem dania jest mały chlebek, który można by nazwać pitą.

Moje obawy zniknęły tak szybko ja zniknąłby Usain Bolt z oczu Ryszarda Kalisza (znów on!), próbującego go gonić. Porcja frytek i surówki oraz sama ilość sera wydają się być naprawdę spore. Niestety, traci na tym postrzeganie mięsa, którego mało nie jest, ale jeszcze dodatkowo przy dużej średnicy talerza (również opatrzonego firmowym logo) jego ilość podświadomie zapamiętana zostaje jako mała.
Spożywanie zacząłem od chlebka, który został delikatnie ułożony na granicy surówki oraz frytek. Lekkie, delikatne i puste w środku jak dziewczyny w białych kozaczkach pieczywko okazało się smaczne i póki po chwili się nie skończyło, pomagało mi nabierać sosy oraz kosztować mięsa, nie używając sztuciec.
Frytki – ogromny plus. Puszyste wewnątrz jak Furby na zewnątrz, prawdopodobnie odsączone dodatkowo z tłuszczu, lekko chrupiące i niespalone. To co najlepsze?
Niesolone – sól stoi na stoliku i można ją aplikować według własnego uznania, a nie norm zakładowych i ręki osób przygotowujących danie. Ja osobiście przez cały proces spożywania nie upuściłem na nie ani szczypty soli, wystarczył mi ich naturalny, znakomity smak.
Surówka: por, sałata, nieco marchwi, natki pietruszki i lekki olejowo-octowy sos z przyprawami – bez rewelacji, nie wygląda ani nie smakuje rewelacyjnie. W sumie to jedynie dodatek warzywny, za taką kwotę majstersztyku w tej kwestii się nie spodziewałem i otrzymałem coś co jako dodatek funkcjonuje prawidłowo, ale to jak wybrać Opla Astrę A zamiast Alfy Romeo 75 na pojedynczą przejażdżkę.
Mięso, mięso, mięso czyli wieprzowina i kurczak jako dwie główne siły napędowe całego dania i najważniejsze źródło przyprawionego białka i tłuszczu – najlepsze co na mnie zawsze czeka, ale czy najlepsze również w tym przypadku?
Po pierwsze kawałki są wielkości odpowiadającej jednemu kęsowi. Zapieczone serem, którego ilość, jak i smak jest zadowalający, aczkolwiek konsystencja już nie – tężeje on po chwili niczym szybko schłodzona galaretka i utrudnia dzielenie mięsa na mniejsze porcje.
Zacznę od rzeczy mniej przyjemnych: mięso jest nieco suche na powierzchni, co może oznaczać (o zgrozo!), że ser roztapiano za pomocą kuchenki mikrofalowej. Wolę jednak wierzyć, że robiono to za pomocą pieca konwekcyjnego a sucha powierzchnia wynika z samego procesu zapiekania.
W środku mięso jest soczyste, nieco twarde i nieźle doprawione, aczkolwiek nie może trafić w mój gust jak Sergio Ramos do bramki z rzutu karnego. Wydaje się być naprawdę smaczne, by po chwili stać się przeciętniakiem, przeżuwanym ot tak, zaspokajającym jedynie mój apetyt.

Porcja na pewno jest konkretna i nie zawiedzie się ten kto spodziewał się za te 23.90zł w standardzie otrzymać satysfakcjonującą ilość pożywienia.
Tak czy inaczej, smak nie dorównuje ilości podobnie jak to się ma z występami Just5. Ja bardzo mocno się tym zasyciłem, ale nie odczułem satysfakcji porównywalnej do tej po zjedzeniu czegoś naprawdę smacznego.
Polecam z pewną dozą ostrożności, szczególnie w poniedziałki i ze względu na bardzo miłą obsługę.

szulff

You might also like

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *