Burger King|Sieciówki

Król pod rządami Króla

Big King XXL

Jeżeli już mówimy o królestwie Burger Kinga to jest jeden jedyny burger, który może pretendować do bycia królem w tym królestwie – już sama jego nazwa mówi sama za siebie. Tak, nie mylicie się, mówię o Big Kingu i to w wersji XXL.

Have It Your Way! Jak to mawiają w amerykańskiej sieci, więc z jakiego powodu zazwyczaj biorę zestaw podstawowy? Prawdopodobnie dlatego, że moje doświadczenie z Burger Kingiem nie pozwala jeszcze na rozpoczęcie eksploracji w dziale wariacji na temat ich burgerów. Tym razem jednak zboczyłem z obranego kursu i do Big Kinga XXL zamówiłem sos BBQ.

Ten oto swoisty król burgerów swoje narodziny datuje na 1993r., jest więc młodzieniaszkiem w porównaniu np. z Whopperem, który to jest o niemal 40 lat starszy. Jego nazwy zmieniały się – przewijały się w nich słowa doublebigsupreme i oczywiście king. W różnych krajach, jak to często bywa w przypadkach tak ogromnych sieci, nasz bohater był różnie nazywany i wprowadzany w różnych przedziałach czasowych. Na samym początku wyglądał jak Big Mac… Napisałem wyglądał?! Był zestawiony jak Big Mac – posiadał dwa patty i potrójną bułkę – porównanie gabarytów to jak atak Roberta Burneiki na Gracjana Roztockiego. Król nie dałby żadnych szans takiemu pachołkowi jakim jest dla niego Big Mac. Głównie ze względu na koszty, w pewnym momencie zrezygnowano z środkowej części bułki, decydując się na standardowe zamknięcie króla między dwoma (spodem i wierzchem przyp. red.) kawałkami sezamowej bułki.

Big King XXL składa się standardowo z dwóch dużych beef patty ( w których ostatnio wykryto koninę, w sumie jak w większości burgerów… Ihaaa!), sałaty lodowej (nie, nie zmrożonej), białej cebuli (rasistowski burger?), King Sauce (pol. Sosu Króla), pikli (które smakują po prostu jak ogórki konserwowe, a może nawet nimi są) i sera cheddar (zwykły topiony, coś w deseń Hochland), który znajduje się na każdym patty. Dodatkowo, dzięki opcji Have It Your Way! (konieczny wykrzyknik) można wymieniać różne składniki na inne, dokładać, zmieniać, kombinować – niemal jak w Tetris. Można np. wziąć cebulę zamiast mięsa, ale tego nie polecam… Jest też możliwość dołożenia dodatkowego mięska, a nawet kilku, z której pewnie w niedługim czasie skorzystam.

Król został zamówiony w Galerii Krakowskiej na poziomie -1 i spożyty na miejscu wraz z towarzyszącą mu świtą w postaci dwóch pojedynczych Whopperów, dużych frytek, sosu BBQ i dolewki. Burger robi wrażenie i to duże. Bułka jest dużo większa niż w innych burgerach jakie jadłem do tej pory, sekcja z warzywami wreszcie ma wysokość niemal odpowiadającą tym co nakreślili graficy, a patty… Mógłbym się rozpływać nad tym godzinami… Dwa konkretne, grube, ciężkie jak tysiąc megabajt, jak to śpiewał (albo mówił?) Fisz w kawałku Aj Gary Glu z płyty Fru!, porcje mięcha. Na każdym z nich, lśniących tłuszczem i grillem, kawałek (ba!) kawał sera, który rozpuszcza się jeszcze na naszych oczach – coś pięknego! Całość nie jest ani trochę spłaszczona, choć ekipa z zaplecza kulinarnego nie uniknęła niedociągnięć – wszystko mogłoby być lepiej ułożone, rozumiem, że można się spieszyć w pracy, albo komuś może się nie chcieć wykonywać swoich zadań dokładnie za te 7zł/h, ale to nie powód by niszczyć to arcydzieło przesadnym artyzmem, idącym w stronę szalenia kreską, jak mawiała moja nauczycielka Plastyki w gimnazjum. Podczas spożywania od Króla uciekło nieco cebuli i sosu – tłumaczyć to można ilością tych dodatków, która jest przytłaczająca jak przewaga Persów w Wąwozie Termopile.

Początek spożywania to duszący, octowy aromat King Sauce, nieco przypominającego mi smak taniej musztardy – przestałem wtedy żałować, że trochę go wyciekło. Na szczęście tę część kompozycji dało się wyczuć jedynie przez chwilę, a potem doszły do głosu inne składniki. Jeżeli uważałem, że sos BBQ z KFC jest mocny i duszący to zmieniam zdanie – ten z Burger Kinga bije go na głowę swoją mocą, co nie przeszkadza mu w byciu po prostu smacznym. Pikle są jak zwykle pyszne, wyraziste i wyczuwalne podczas gryzienia w jamie ustnej ze względu na ich karbowanie. Cebula chrupiąca i mimo, że biała to na tyle lekka w smaku by nie zdominować całości. Sałata nareszcie nie szykuje się do ucieczki jak Andy Dufresne z Shawshank i jest takiej jakości jakiej tylko bym sobie życzył – pełna smaku (jak na sałatę oczywiście), świeża i podobnie jak cebula, chrupiąca. Ser, ser, seeeeer (Rokfor z Brygady RR) – jest pyszny, moim skromnym zdaniem dużo lepszej jakości niż ten z McDonald’s, konkretniejszy w smaku i idealnie rozpuszczony – ciągnący się, ale nie płynny, choć to może zasługa temperatury samej kanapki, która jest dosyć wysoka a nie zahaczona na poziomie temperatury pokojowej jak w McDonald’s.

Patty – poświęcę temu oddzielny akapit. Mięso to jest to na co wszyscy w tym burgerze czekają i wg mnie się nie zawiodą. Ekstremalnie szczupłe nastolatki będą rwały sobie włosy z głowy, wegetarianie będą ubolewali nad losem tych biednych krów a rząd w Hiszpanii nawet zastanawiał się nad oficjalnym zakazem sprzedaży tej kanapki na terenie kraju ze względu na wielkość porcji przetworzonego mięsa w niej umieszczonej. Satysfakcja – to słowo, które idealnie oddaje to co czuję, gdy tylko wgryzam się w pierwsze partie tego świeżego, soczystego, konkretnego, odpowiednio zmielonego, grillowanego i przyprawionego burgera. Im dalej tym bardziej żałuje, że za chwilę to się skończy i staram się przeżuwać je jak najdłużej by oddać się tej niewątpliwej przyjemności.

Czasem jednooki jest królem wśród ślepych, nie tyczy się to tego przypadku. Big King XXL jest prawdziwym królem burgerów – ma w sobie to co powinien mieć każdy burger – wyrazisty smak, zasadnie dobrane składniki, konkretne porcje mięsa i odpowiednie ilości dodatków. Ja nie mam zastrzeżeń do tej konfiguracji, Maxi King przy nim wymięka, polecam jak najbardziej!

szulff

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *